Natalia

Mam na imię Natalia. Za kilka miesięcy skończę dwadzieścia trzy lata. We wrześniu 2017 roku usłyszałam najgorsze, co mogłam sobie wyobrażać jako nastolatka - "Natalko, to nowotwór złośliwy".

 

 

 

Diagnoza brzmiała: Osteosarcoma, guz umiejscowiony w dalszej części kości udowej lewej, nacieka na tkanki miękkie i przylega do tętnicy udowej, najwyższy stopień złośliwości. Byłam przerażona i zdruzgotana.

Dobrze zdałam maturę, wyjeżdżałam na wymarzone studia… W pamięci widzę otworzoną walizkę, a w niej nowy koc i poduszka, które miały ze mną tam pojechać. Niestety los miał inne plany wobec mnie. Walizka została zabrana na oddział onkologiczny, a książki i zeszyty zostały schowane głęboko do szafy. Musiałam porzucić marzenia i zacząć prawdziwą batalię o nogę i życie. Na początku miałam trzy chemie przedoperacyjne, a potem rozpoczęły się przygotowania do operacji. Lekarz postawił przede mną otwarte karty - endoproteza albo amputacja. Na początku nie chciałam żyć, nie przyjmowałam tego do wiadomości. Miałam miesiąc na pogodzenie się z wizją życia bez nogi. Raz płakałam, a innym razem byłam szczęśliwa, bo zaczęłam rozumieć, że mimo to można żyć pięknie. Czytałam historie osób, które nie mają kończyn. Byli dla mnie tacy wartościowi i widziałam w nich tyle radości, choć wiedziałam, że na pewno jest im ciężko. Poznałam też osobiście osoby bez nogi, które okazały się być wspaniałymi, szczęśliwymi i mądrymi ludźmi. Przestałam się bać tak mocno, jak wcześniej. 

13 grudnia, dzień przed operacją, w drodze na rentgen zatrzymał mnie lekarz. Poprosił o podpisanie zgody na amputację. "Ale jak to, tutaj.. teraz?" - patrzyłam na niego błagalnym wzrokiem, nie wiedząc co mam zrobić. Patrzył na mnie, jakbym miała podpisać zwykły papierek albo coś mało ważnego. A przecież to był podpis, który miał zaważyć na całym moim życiu! Łzy leciały, a ja powoli rysowałam literki swojego nazwiska... Wiedziałam, że ryzyko amputacji jest ogromne - guz naciekał na tkanki miękkie, kość była „zjedzona”, doznałam złamania patologicznego, przez trzy miesiące leżałam z nogą w gipsie nie widząc świata. Jednak gdy przyszedł dzień operacji, ja, mimo strachu... byłam dziwnie spokojna i szczęśliwa. Może dlatego, że moje ręce trzymały inne, najważniejsze w moim życiu. Myślę, że dzięki tym dłoniom strach był lżejszy. Może też dlatego, iż zrozumiałam, że można być szczęśliwym mimo ograniczeń.

Jak przez mgłę pamiętam światła na sali operacyjnej, mnóstwo lekarzy, w tym anestezjologa, który próbował mnie rozweselać, pielęgniarka, która mu towarzyszyła i wspierała mnie. Widziałam skupienie lekarza, który patrzył na moje zdjęcie rentgenowskie nogi. Zapytałam go po raz ostatni: "Myśli Pan, że się uda?". Nie odpowiedział... A ja zasnęłam pod wpływem narkozy, pełna nadziei, mimo wszystko.

Operacja trwała wiele godzin, moi bliscy czekali przez cały ten czas za drzwiami. Pamiętam moment, gdy się obudziłam. Poczułam uścisk ręki. To była pielęgniarka, która czułym głosem powiedziała: "Budzimy się.." a ja, drżąc, zapytałam: "Mam.. nogę?". Uśmiechnęła się i mocniej uścisnęła moją dłoń.. "Masz skarbie.."- szepnęła. Udało się wszczepić tytanową endoprotezę kości udowej wraz ze stawem kolanowym. Zostawiono mi własną rzepkę. Mimo, że operacja się udała, to nadal było bardzo ciężko. Potem musiałam przyjąć jeszcze sześć cykli ciężkiej, agresywnej chemioterapii pooperacyjnej. Nie jadłam i nie piłam przez wiele dni po jej przyjęciu. Znikałam w oczach i naprzemiennie puchłam od sterydów. To był straszny okres i ciężko zrozumieć to komuś, kto tego nie przeżył lub nie widział naocznie. Chemię znosiłam wyjątkowo źle - raz w bardzo złym stanie trafiłam na oddział z ciężką neutropenią. Przeżyłam dzięki szybkiej reakcji lekarskiej i transfuzjom krwi. Po chemiach wielokrotnie czułam, że umieram. Czy wyobrażasz sobie uczucie umierania? Ja odczuwałam je bardzo często. Nie umiem go opisać. Jest straszne... Człowiek czuje, że ma wybór- zamknąć oczy i odejść, albo walczyć. Tylko najbliższym osobom pozwoliłam widzieć się w takim stanie. Nikt inny tego nie widział. Pamiętam, jak wycieńczona po chemii prosiłam mamę, by pozwoliła mi odejść. I pamiętam, jak powiedziała, że nigdy mi na to nie pozwoli. To dla mnie trudne, by o tym mówić, ale były momenty, gdzie ból i wycieńczenie były tak silne, że marzyłam o śmierci i uwolnieniu się od  cierpienia. Miałam jednak wokół siebie też inne cudowne osoby, które nigdy mi na to nie pozwoliły. Wspierały mnie na każdym etapie mojej drogi i walki z chorobą... którzy wspierają nadal. Moja rehabilitacja była i jest bardzo ciężka. Ze względu na rozległość guza została wycięta głowa mięśnia. Ból, jakiego doświadczyłam, jest nie do opisania. Uczyłam się chodzić na nowo, bywały momenty, że nie wierzyłam, że kiedykolwiek się tego nauczę. Jak dziecko, uczyłam się stawiać krok za krokiem. Dziś, choć nie jest mi łatwo i rehabilitacja nadal jest ciężka i żmudna, to walczę nadal i walczyć będę do końca sił.

Choroba była ciężką lekcją życia, ale była mi potrzebna. Dzięki niej widzę więcej, czuję więcej i zauważam to, co dla innych jest niezauważalne lub oczywiste - piękno ukryte w drobnostkach i prostych, zwyczajnych chwilach. Dzięki chorobie zyskałam wielu przyjaciół, szczerych i oddanych. I choć wielu z nich odeszło, każdy z nich ma miejsce w moim sercu - o nikim nigdy nie zapomnę. Dzięki chorobie moje relacje z ludźmi stały się bardzo klarowne i przejrzyste - otaczam się tylko tymi, z którymi się śmieję i jestem szczęśliwa. Choć zapewne jeszcze wiele nauki i doświadczeń przede mną, dzięki chorobie zyskałam pewną życiową mądrość, która pozwoliła mi inaczej spojrzeć na świat. Choć jest to mądrość zdobyta krwią i łzami, nie zamieniłabym swojej historii na inną. Dziś, po trzech latach remisji, ciężkiej, wyczerpującej rehabilitacji mogę śmiało powiedzieć - jestem bardzo szczęśliwa. Nie potrzeba mi w życiu nic więcej oprócz zdrowia i najważniejszych dla mnie osób. Pamiętam moment, w którym musiałam porzucić marzenia o studiach, a dziś... przygotowuję się do sesji zimowej na kolejnym już roku. Książki, które musiałam odłożyć głęboko do szafy w momencie usłyszenia diagnozy, zastąpił cały stos podręczników akademickich. Dziś jestem pewna, że robię w życiu coś z pasją i przygotowuję się do zawodu, w który włożę całe swoje serce.

Teraz rozumiem, że po najstraszniejszych burzach wychodzi słońce i nawet jeśli nasze życie jest ciężkie, można być szczęśliwym. Myślę, że najszczęśliwsi ludzie to Ci, którym życie wiele odebrało. Tacy ludzie umieją się cieszyć tym, co im zostało. I taką osobą jestem ja. Cieszę się, że mogłam podzielić się swoją historią. Chciałabym też wspomnieć o tym, że piszę bloga - od początku choroby, aż do teraz. Skierowany jest szczególnie do osób, które walczą z ciężką chorobą, ale także do innych, by nauczyli się doceniać życie, zdrowie i to, co ich otacza. Zapraszam na niego każdego. Moim marzeniem jest, aby był siłą i wsparciem dla wielu chorych i nie tylko.

Znajdziecie mnie na:

Dostaję mnóstwo maili z prośbą o wsparcie, żadnego nie pomijam. Pisze do mnie wielu ludzi, a ja jestem ogromnie szczęśliwa, że moja historia może dawać siłę. Jestem najlepszym przykładem na to, że nigdy nie wolno się poddawać, gdyż nawet z najgorszego scenariusza można stworzyć ten najpiękniejszy!