Kasia

 

  Nazywam się Katarzyna Jaroszewska i w tym roku skończyłam 18 lat.

 Moje problemy zdrowotne zaczęły się w listopadzie 2018 roku. Podczas lekcji wf-u, kiedy wraz z moją     klasą grałam w siatkówkę, poczułam ból w okolicy pachy, gdy podniosłam do góry rękę, aby odbić piłkę.   Po tygodniu ból minął. Po dwóch tygodniach powrócił jednak w formie coraz mocniejszego kłucia, co   ponownie dostrzegłam na lekcji wychowania fizycznego. Nie mogłam już nawet podnieść ręki, bo kłucie było tak silne. Powiedziałam więc o tym mamie i zaczęłyśmy chodzić do różnych lekarzy. Na początku wybrałyśmy się do pediatry, który nie wiedział, co mi było i powiedział, abyśmy zgłębili diagnostykę. Miałam wykonane EKG, gdyż w czasie wysiłku fizycznego szybko się męczyłam, co zaobserwowałam podczas wakacji tego właśnie roku. Z czasem ból zaczął występować w okolicach łopatek, karku. Udałam się zatem z rodzicami do ortopedy, gdyż miałam lekką skoliozę, a poza tym kilka miesięcy wcześniej uczestniczyliśmy w kolizji drogowej i przypuszczaliśmy, że mogło mieć to jakiś związek z moimi dolegliwościami. Ortopeda spojrzał na mnie, „zbadał mnie” i stwierdził, że wyglądałam jak okaz zdrowia. Mogłam utrzymać równowagę, więc nic mi nie było. Zapewne były to zwykłe nerwobóle, dlatego miałam jedynie przestać stresować się obowiązkami szkolnymi. Bardzo lubiłam się uczyć i do tej pory to kocham, rozwój jest dla mnie niezwykle ważny. Jednak stres niekiedy przejmuje nade mną kontrolę i próbuję nad nim panować, co już zmierza w dobrym kierunku. Pomyśleliśmy wtedy, że jeśli specjalista tak twierdził, to dobrze. Jednak z dnia na dzień było coraz gorzej. Pewnego razu, stojąc na przystanku autobusowym, myślałam, że grunt osuwał mi się pod nogami, życie przemykało przed oczami, bo ból wyrywania rąk był tak silny. Dodatkowo rankiem na dworze panował mróz, trzęsłam się z zimna, co jeszcze bardziej nasilało ból. Nie mogłam ustać z plecakiem na plecach, nie mogłam go podnieść, z trudem dotarłam do szkoły. Po leku przeciwbólowym było trochę lepiej, ale nie na długo. Chwytaliśmy się każdej deski ratunku, dlatego ponownie wybraliśmy się do lekarza rodzinnego, który skierował nas do poradni chirurgii dziecięcej. Tam Pani doktor powiedziała, że to mogła być dyskopatia i musieliśmy jak najszybciej udać się do szpitala, bo w najgorszym wypadku czekała mnie operacja. Doktor podejrzewała, iż mogło być to związane z naszą stłuczką. Byłam przerażona. Cztery lata wcześniej przeszłam w szpitalu szkołę życia i nie chciałam ponownie wracać do tego koszmaru. Łzy napłynęły mi do oczu. Błagałam, abyśmy dopiero następnego dnia pojechali do szpitala, bo musiałam przygotować się do tego psychicznie. Nie mogłam znieść myśli powrotu do tych murów bólu, strachu, cierpień psychicznych i fizycznych. Nie miałam jednak wyjścia. Nazajutrz pojechaliśmy tam. Długo czekaliśmy za lekarzem. Kątem oka spojrzał na mnie neurochirurg dla dorosłych i stwierdził, że jeśli stałam na własnych nogach, to znaczy, że nic mi nie było. Nawet mnie nie zbadał! Później przyszedł chirurg dziecięcy i zlecił tomografię komputerową, ale przed wykonaniem badania stwierdził, iż zapewne i tak nic ona nie wykaże i wszystko będzie w porządku. Udaliśmy się więc na badanie, gdzie ból ewidentnie dawał o sobie znać. Po jakimś czasie ponownie rozmawialiśmy z chirurgiem dziecięcym. Opisu tomografii jeszcze nie było, dlatego doktor spojrzał swoim okiem na zdjęcie mojego kręgosłupa w komputerze i powiedział, że jego zdaniem było wszystko w porządku. Jednak ból nie ustępował. Moja mama zapytała więc, co dalej i czy mamy iść może do fizjoterapeuty. Doktor powiedział: „Jeśli Pani chce, niech Pani idzie, jeśli nie, to nie”. Zrezygnowane opuściłyśmy więc gabinet i szpital. Wróciłyśmy do domu i następnego dnia, jeszcze przed rozpoczęciem bardzo trudnego etapu w moim życiu oddałam pracę konkursową o moim wujku pułkowniku, której tworzenie dodawało mi wielkiej otuchy, pozwalało przez chwilę nie myśleć o bólu. W ferie zimowe rozpoczął się prawdziwy koszmar. W dzień babci udaliśmy się do fizjoterapeuty, ponieważ chwytaliśmy się każdej deski ratunku. Po wykonanym masażu odczuwałam taki ból w okolicach łopatek, karku, ból wyrywania rąk, którego nie da się nawet opisać słowami. Czułam się tak, jakby ktoś chciał właśnie odebrać mi życie. Nie mogłam się ubrać, podnieść rąk, ruszyć z miejsca… Tak bardzo bolało… Z trudem wypowiadałam słowa, bo w pewnych chwilach po prostu brakowało mi tchu. W drodze powrotnej do domu było trochę lepiej, gdyż fizjoterapeuta powiedział wcześniej, iż z czasem największy ból powinien minąć. Jednak był to dopiero pierwszy etap mojej największej życiowej walki. Nie mogłam leżeć, spać, chodzić, jeść. Nie mogłam robić niczego. W dzień dziadka nastąpiło apogeum. Nie mogłam stać, zrobić kroku, nie pamiętałam wtedy, jak wyglądała chwila bez cierpienia. Każdy ruch wykonywałam z trudem, jakby życie stało się moim największym koszmarem. Zastanawialiśmy się, czy nie wezwać karetki, ale ja nie chciałam, nie chciałam tam wracać… Nazajutrz nie było wcale lepiej. Nie mogłam podnieść łyżki, aby zjeść zupę, karmiła mnie kuzynka. Nie mogłam się kąpać, przemieszczać do toalety, dlatego po południu podjęliśmy decyzję, że udamy się do szpitala. Pojechaliśmy więc. Z trudem dotarłam do szpitalnych drzwi i z wielkim bólem serca weszłam do środka. Tam zajął się nami inny chirurg dziecięcy, który widział, jak bardzo cierpiałam i dlatego postanowił przyjąć nas na oddział, abym szybciej mogła mieć wykonany rezonans, gdyż w opisie wyniku tomografii było podkreślone, iż w moim kręgosłupie występowały rozrzedzenia kostne i należało pogłębić diagnostykę. Dotarliśmy na oddział. Tej nocy zostałam sama, ponieważ początkowo mama nie mogła spać obok mnie, a ja nie wiedziałam, jak mam cokolwiek robić. Z trudem szłam do toalety. Z wielkimi problemami wstałam następnego dnia, bo tak bardzo bolało, a leki przeciwbólowe już nie dawały rady. Każdy dzień był dla mnie koszmarem. Wreszcie nadszedł moment rezonansu, którego strasznie się bałam, co wiązało się z moją traumą sprzed dwóch lat. Cieszyłam się jednak, że mimo bólu przetrwałam go i chciałam już wracać na salę. Następnego dnia okazało się , iż czekało mnie powtórzenie badania. Stałam się strasznie niespokojna. Chciało mi się płakać. Pragnęłam stamtąd uciec. Przerażała mnie myśl, iż będę musiała z bólem leżeć ponad dwie godziny na badaniu, ale udało się. W dużym stopniu właśnie ta sytuacja uskrzydliła mnie i pozwoliła walczyć o swoje zdrowie oraz życie. Kiedy przyszedł wynik rezonansu, ordynator chirurgii, który dwa tygodnie wcześniej odesłał nas do domu, zawołał moją mamę na rozmowę. Okazało się, że mój stan jest poważniejszy, niż wszyscy myśleli. Jak najszybciej miałam udać się do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, bo było ze mną tak źle. 30 stycznia 2019 roku znaleźliśmy się na oddziale neurochirurgii. Tego też dnia na izbie przyjęć poznaliśmy ciocię Małgosię – pielęgniarkę, która przywitała nas szerokim uśmiechem. Stała się ona dla mnie bardzo wyjątkową osobą, a połączyła nas równie wyjątkowa postać – ks. Jerzy Popiełuszko. Jeszcze w październiku, przed chorobą zdążyłam wziąć udział w konkursie recytatorskim związanym z rocznicą śmierci ks. Jerzego, podczas którego recytowałam swój wiersz pt. „Ostoja”. Od tego momentu kapelan stał się dla mnie bardzo ważną osobą. Czułam jego obecność właśnie w osobie cioci Małgosi na różnych etapach mojego leczenia i dziś za to z całego serca dziękuję. 

        Na oddziale neurochirurgii zaczęłam tracić czucie w rękach i nogach. Nie mogłam pisać, chodzić, załatwiać potrzeb fizjologicznych samodzielnie. Szybko musiałam trafić na stół operacyjny, bo choroba tak postępowała. Odbarczono mi odcinek szyjny kręgosłupa i dzięki temu powoli zaczęłam odzyskiwać czucie w nogach oraz częściowo minęło mi rwanie w rękach. Tydzień później usłyszeliśmy jednak diagnozę: Nowotwór złośliwy kości i chrząstki stawowej o innym i nieokreślonym umiejscowieniu – kości kręgosłupa, z przerzutami do miednicy i szpiku – Ewing Sarcoma. Po tym, nie powiedziałam nic. Moja siostra płakała, a ja rzekłam: „Jeśli płaczesz, to znaczy, że tracisz nadzieję”. To właśnie te słowa w dużej mierze później nie pozwoliły mi się poddać. Wieczór tego dnia nie był wcale smutny. Śmiałam się do rozpuku, tak jakbym nie dowiedziała się parę godzin wcześniej, że zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy w IV stopniu zaawansowania, ale ja po prostu w ten sposób chciałam zapomnieć, mimo wszystko żyć. Nazajutrz znaleźliśmy się na oddziale onkologii, gdzie przeżyłam kolejną traumę. Nie mogłam pogodzić się z tym, gdzie przyszło mi być. Następnego dnia założono mi port naczyniowy - Vascuport, a 10 lutego w moich żyłach płynęły już pierwsze dawki chemii. Początki były trudne pod względem psychicznym i fizycznym. Zakazano mi wstawania z łóżka, ze względu na złamania kompresyjne kręgów, gdyż nowotwór zajął cały mój kręgosłup, przez co doprowadził do rozrzedzeń kostnych. Nie mogłam funkcjonować samodzielnie, tylko z pomocą mamy. Korzystałam z basenu. Jednak nie było to takie proste. Zarówno oddawanie moczu, czy wypróżnianie się graniczyło u mnie z cudem. Byłam cewnikowana. Mogłam się myć tylko delikatnie na łóżku. Po chemii odczuwałam m.in. nudności, wymiotowałam, nieraz bolała mnie głowa. Początki były ciężkie, ale przyszedł taki moment, kiedy to moje życie zmieniło się o 360 stopni i dzięki temu do dziś pozostaję pozytywną osobą, która bez małych radości nie wyobraża sobie dnia. Na początku nie chciałam kontaktować się z nauczycielami ze szpitala, gdyż przypominali mi oni moją szkołę, klasę, nauczycieli. Bardzo pomogła mi wtedy rozmowa z Panią psycholog, która powiedziała, iż wiele może pomóc mi myślenie o dobrych momentach z mojej przeszłości, powrót do istniej arkadii. Już w marcu zrobiłam pierwsze cztery kroki do parapetu i z powrotem, oczywiście w gorsecie Jewetta. Powoli oswajałam się z sytuacją. Znalazłam w sobie wiele pokładów siły i energii, aby walczyć. Pewnego razu powiedziałam, iż to ja nowotworowi rozkładam karty, a nie on mnie.  

        Przeszłam przez 6 ciężkich cykli chemioterapii, 8 cykli chemioterapii uzupełniającej, radioterapię, megachemioterapię, autoprzeszczep szpiku, leczenie wzmacniające, jestem w trakcie rehabilitacji. Cieszę się życiem i nieustannie się o nie troszczę. Zmieniłam nawyki żywieniowe, aby wzmacniać swój organizm od wewnątrz. Rozwijam pasje, które nie pozwoliły mi się poddać w czasie mojego leczenia onkologicznego. Piszę wiersze. Nie mówię w nich o trudach choroby, nie piszę o cierpieniu, ale właśnie zło przekuwam w dobro. Warto żyć w szczęściu i spełniać swoje marzenia nawet w chorobie, bo diagnoza to nie wyrok, to po prostu diagnoza. Wszystko jest w naszych głowach. Pozytywne nastawienie w leczeniu onkologicznym jest podstawą, a ja bez niego nie poradziłabym sobie z niczym. Rok 2019 dał mi wiele, odbierając. Nie zmienię już biegu zdarzeń, ale wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko jest po coś. W czasie mojego leczenia nawet liczba „16” stała się dla mnie niezwykle ważna: w 2016 roku po raz pierwszy poważniej zachorowałam, w wieku 16 lat zdiagnozowano u mnie nowotwór, byłam 16 pacjentem na oddziale przeszczepiania szpiku, od chwili jego otwarcia, 16 listopada spełniło się moje marzenie i dzięki Fundacji Mam Marzenie oraz pomocy pozostałych moich „ziemskich aniołów” wydałam pierwszy tomik wierszy pt. „Przystań do której powracam”, 16 grudnia trafiłam na oddział przeszczepiania szpiku, 16 stycznia zostałam wolontariuszką Fundacji Ronalda McDonalda, czy też 16 października 2020 roku udałyśmy się z mamą do szpitala na jedno z najważniejszych badań mojego życia – kontrolny rezonans. Dzień przed wyjazdem wydałam drugi wierszy pt. „Od mroku do słońca”, będący podsumowaniem 12 miesięcy mojego leczenia onkologicznego, z własnymi zdjęciami, komentarzami, refleksjami, dzięki czemu dziś trzymam w dłoniach pomnik swojej duszy, motywacji do działania.

Chciałabym, aby moja historia, moja zmiana toku myślenia na pozytywne uskrzydliła wszystkich tych, którzy stracili nadzieję, wszystkich walczących z tym jakże ciężkim przeciwnikiem, jakim jest nowotwór. Nigdy się nie poddawajcie, bo wszystko jest możliwe. Jesteście siłą. Jesteście wielkimi wojownikami i wiele znajduje się w waszych rękach. Na pewno, tak jak i ja macie w swoim otoczeniu „ziemskich aniołów”, którzy dodadzą Wam otuchy w pochmurne dni, ale pamiętajcie, że w czasie swojej walki i Wy możecie dzielić się uśmiechem z innymi. Przekuwajcie zło w dobro, odganiajcie burzowe chmury i walczcie o swoje, pielęgnujcie swoje wnętrze, karmcie się dobrymi myślami, troszczcie się nieustannie o życie w duchu prawdy. Nie zmienimy już biegu zdarzeń, ale możemy zmienić własne podejście do sytuacji. Wiem, że każdego z nas na ziemskiej drodze spotyka wiele trudnych momentów, ale jesteśmy w tym razem. Wysyłam więc ogrom ciepła wszystkim tym, którzy walczą i „biegną przed siebie choć coraz mniej sił…”, by jak Ikar szybowali do samego nieba oraz smakowali wolności, radości, błogości, by lecieli przed siebie myślą w głowie o tym, że nadzieja, wielka nadzieja pozostaje nieśmiertelna do samego końca, która pozwala przejść drogę od mroku do słońca…