Justyna Mroczek

Był październik 2017 roku, miałam 21 lat. Mieszkałam w Norwegii.  Studiowałam i pracowałam. Kochałam życie, chociaż wtedy wcale o tym nie wiedziałam.

 

 

 

Pamiętam dzień w którym przyszłam z pracy, położyłam się na sofie i poczułam dziwny ból w kręgosłupie. A raczej nie… to jeszcze nie był ból, było mi po prostu niewygodnie. Tak, jakby ktoś wsadził mi jakiś mały, sztywny karton w plecy.  W listopadzie było gorzej, a to dziwne uczucie zaczęło promieniować do nogi. Podczas pobytu w Polsce udałam się do fizjoterapeuty. Wymasował plecy, “nastawił” kręgosłup i stwierdził, że jestem za szczupła i nie mam mięśni, dlatego bolą mnie plecy. To fakt, przez ostatnie pół roku schudłam, ale tłumaczyłam to moją ciągłą aktywnością. Uspokoiłam się trochę, bo przecież “specjalista” powiedział, że w sumie nic mi nie jest. Ból nie minął.

W styczniu poszłam do tego samego “lekarza” kolejny raz. Zdecydował o zrobieniu zdjęcia RTG odcinka lędźwiowego. Kiedy je zobaczył, stwierdził, że w kręgosłupie wszystko jest ok tylko z lewej strony widać jakiś cień, ale nie ma się czym martwić. Od marca już nie mogłam spać, chodziłam wiecznie z podkrążonymi oczami, jeszcze bardziej chudłam. Wtedy też pojawiła się opuchlizna na biodrze, po lewej stronie. Poszłam do kolejnego “lekarza”. Stwierdził, że mam przekrzywione biodra, a zawsze moje biodra były nieproporcjonalne do sylwetki. Zrobił mi akupunkturę. W maju zdecydowałam się na pójście do norweskiego fizjoterapeuty. Od razu dostałam skierowanie na rezonans. Czekałam na niego dwa tygodnie. Dokładnie pamiętam ten dzień. Było upalnie. Poszłam z koleżanką na kawę i powiedziałam, że cieszę się na to badanie, bo w końcu dowiem się co mi dolega. Tego samego dnia zadzwoniła moja fizjoterapeutka i powiedziała, że ona mi nie może pomóc, bo nie wie co jest na zdjęciu z rezonansu. Załamałam się. Byłam zła na to, że spotykam kolejną osobę, która nie umie mi pomóc! Późnym popołudniem zadzwonił chirurg ze szpitala uniwersyteckiego. Zapytał czy mogę chodzić i czy dam radę w ogóle dojechać do szpitala, czy nie trzeba zamówić karetki. Oczywiście do szpitala doleciałam w godzinę. Byłam pewna, że to coś drobnego. Jakaś narośl, rwa kulszowa, albo przepuklina... Ale chirurg na moje domysły odpowiedział: “nie, to tak szybko nie przejdzie. Jesteś odesłana do Radiumhospitalet, oni się Tobą zaopiekują”. Właśnie tam, pobrano biopsję. Po tygodniu, miałam stawić się na rozmowę z lekarzem. To był dzień, który zmienił moje życie, na zawsze i nieodwracalnie. Weszłam do gabinetu. Wszyscy ludzie, którzy tam byli, byli jak skały. Usiadłam, i usłyszałam jedno zdanie: “ stwierdziliśmy u Ciebie nowotwór złośliwy, mięsak kości". Chciałam zniknąć. Nie czułam zupełnie niczego. Nie miałam siły ruszyć ręką, dopiero po chwili zauważyłam, że lecą mi łzy. Mimo, że diagnozę uważam za pierwsze z traumatycznych przeżyć, to jestem wdzięczna wszystkim osobom, które tam były, za to w jaki sposób przekazały mi tę informację. Mieli przygotowany dla mnie cały plan leczenia, dziesiątki grafików z badaniami i opisy poszczególnych badań. Jestem wdzięczna za to, że nie powiedzieli mi jak duży jest mój guz. Wiedziałam tylko, że duży, to wystarczyło. Dali mi poczuć, że zawsze mogę na nich liczyć i do tej pory mnie nie zawiedli.
Pierwszą chemię uważam za drugie z traumatycznych przeżyć z jakimi musiałam się zmierzyć. Cisplatyna leciała przez 72 godziny. Obudziłam się pierwszego ranka podczas wlewu. Byłam cała opuchnięta. Ledwo mogłam otworzyć oczy. Chciałam tylko wymiotować. Nie miałam siły na nic. Byłam przerażona. To był pierwszy raz a przede mną jeszcze 17!
Ale przecież nie masz wyboru. Po trzech chemiach zmiotło mnie z nóg. Dostałam zapalenie żołądka. Trzy tygodnie pobytu w szpitalu w 40 stopniowej gorączce dały w kość. Założono mi sondę żołądkową - PEG. Wtedy zaczęłam tęsknić za moim starym życiem. Zrozumiałam, że już nic nigdy nie będzie takie samo. 

6 listopada po raz kolejny zmieniło się moje życie, a tym samym ciało. 6 listopada wycięto z mojej miednicy coś, co od dłuższego czasu podstępnie i powoli mnie zabijało. Usunięto ⅓ miednicy, mięśnie pleców i pośladka. 12 godzin na stole operacyjnym były maksymalnym wynikiem jaki można było osiągnąć w moim stanie. Utraciłam możliwość normalnego chodzenia. Wtedy byłam zmuszona do zaprzyjaźnienia się z kulami. Jedna towarzyszy mi do dzisiaj. Dopiero po tej operacji dowiedziałam się, że gdyby mój guz się nie skurczył na skutek chemii, dziś nie miałabym nogi. Do marca dostawałam jeszcze ciągle chemie. Przez ten czas było jeszcze dużo ciężkich momentów. Brakowało mi cierpliwości, tęsknota za moim starym życiem była przytłaczająca. Obiecałam sobie, że nigdy nie zatęsknię za moim szpitalem. Marzyłam o wyjściu do restauracji, o tym żeby sama sobie zrobić herbatę i ciasto, o tym żeby sama się wykąpać... Tak, to były moje marzenia! Na tamten moment zupełnie nieosiągalne.
Pamiętam dzień, w którym przyszła pielęgniarka z ostatnim workiem methotreksatu. Płakałam ze szczęścia, że to już ostatni raz. Po pięciu dniach pożegnałam cały oddział. Onkolog, który dziewięć miesięcy wcześniej podczas diagnozy był jak skała, tego dnia biła od niego radość. Podziękował mi, że byłam tak dzielna przez całe leczenie i życzył, żebym już więcej nie wróciła jako pacjentka. Przyjechałam do domu i nie mogłam oswoić się z myślą, że już nie trzeba szykować się na następną rundę. Czułam się jak na najpiękniejszych wakacjach, w dodatku takich wyczekiwanych!
Szybko wrócił mi apetyt, przestałam ciągle się pocić i ciągle marznąć, miałam więcej energii. Po dwóch tygodniach poszłam do ulubionej restauracji. W końcu zobaczyłam miasto, ludzi, nie bałam się, że zaraz zwymiotuje. To może zrozumieć tylko ktoś, kto utracił kompletnie wszystko na tak długo. Jednak po miesiącu znowu dostałam gorączkę, Okazało się, że endoprotezy się nie przyjęły i potrzebna jest kolejna operacja. Kolejne dziewięć godzin na bloku operacyjnym. Ale przecież nie masz wyboru. Drugi raz był jeszcze bardziej stresujący, ale jakoś poszło. Nowe protezy śmigają jak trzeba i od tamtej pory do szpitala jeżdżę tylko na kontrole, albo odwiedzić moje pielęgniarki. Codziennie ćwiczę, a we wrześniu brałam udział w Onkobiegu. Umiem skakać na skakance i wchodzić na krzesło! Jeszcze kiedyś pobiegnę na 100 m, zobaczycie!

Rak zmienił moje życie. Młodość to nie jest czas na chorowanie, na myślenie o śmierci i kalectwo. Nikt kto nie miał bezpośredniej relacji “walka z rakiem” nie wie ile bólu, strachu, niepewności ale też radości i mocy kryje się w tym jednym określeniu. Ale dzięki tej okrutnej, bardzo długiej lekcji poznałam tylu ciekawych ludzi i ich historie, tylu mądrych lekarzy (przystojnych bardzo też :)), poznałam kto jest moim przyjacielem, a kto wrogiem. Zrozumiałam, że nic nie jest nam dane na zawsze, a nawet najbardziej kolorowe życie z dnia na dzień, może się zmienić w czarną rozpacz. Zrozumiałam, że choroba nie wybiera, nie patrzy na wiek, płeć, kolor skóry. Dla raka wszyscy jesteśmy równi. Ale to my wyciągamy broń. 

Dziś udzielam się w różnych organizacjach charytatywnych, pracuję w centrum nauki o nowotworach. Tłumaczę małym dzieciom (mam nadzieję, że przyszłym lekarzom) czym są nowotwory i jak powstają. Staram się promować profilaktykę i dzielę się moją historią po to, abyśmy nie dali się lekceważyć w gabinetach lekarskich, żebyśmy byli czujni. Ale też po to, żeby dać nadzieję tym, którzy są podczas tej nierównej walki, żeby się nie poddawali, bo świat jest piękny, a wiosna dociera do każdego.  

#fuckcaner