Aniela

Cześć! Mam na imię Aniela i mam aktualnie 17 lat. Chciałabym podzielić się z Wami moją historią choroby oraz tym, co przez nią utraciłam, ale i zyskałam.

 

     

Zachorowałam na nowotwór złośliwy, mięsaka kości, a dokładniej nosił nazwę osteosarcoma. Ognisko zlokalizowane było na kolanie i kości udowej nogi prawej. Leczenie zaczęłam w 2019 roku po majówce, a miałam wtedy 15 lat. Początek i pierwsza chemia była naprawdę trudna. Leżałam na szpitalnym łóżku i się zaczęło. Czułam się okropnie, ponieważ nie miałam nawet siły, aby coś powiedzieć. Przeszkadzał mi wszelki hałas i zapachy. Myślałam, że nie dam rady przetrwać nawet pierwszego cyklu, ponieważ czułam, iż nie miałam już czym wymiotować, a ciągle nastawał odruch wymiotny. Jednak udało się i wróciłam do domu. 

      Praktycznie cały czas miałam gości u siebie. Mam dużą rodzinę, a każdy dowiedziawszy się o tym, co mnie spotkało odwiedzał mnie, dzwonił i robił wszystko, abym czuła się lepiej. Telefon mamy i mój nigdy nie przestawał dzwonić. Szczególnie zapamiętałam jeden fakt, że jedna z moich cioć codziennie miksowała buraki i mi przynosiła. Strasznie nie chciałam ich pić, ale rozum wygrywał z okropnym obrzydzeniem. Wiedziałam, że to wszystko dla mojego dobra. Czas mijał, a ja nie czułam się już tak źle przy przyjmowaniu chemii. Bardzo mało jadłam i zazwyczaj smakowały mi tylko frytki. To jest normalne w tej chorobie i wszyscy cieszyli się, że cokolwiek jem.

      W czerwcu koledzy i koleżanki z mojej klasy postanowili, że zrobią dla mnie festyn, na którym mieli zebrać środki na moje leczenie. Wtedy zobaczyłam, że w każdym człowieku znajduje się dobro. Nie wiedziałam, jak reagować i co robić tego dnia, kiedy wszyscy byli na festynie. Byłam bardzo szczęśliwa i wdzięczna wszystkim ludziom, lecz szczerze mówiąc próbowałam nie myśleć, co tam się dzieje i ile osób tam było. Wiem, że od razu bym płakała, a chciałam tego uniknąć. Napisałam tylko list dla wszystkich tam obecnych, który został przeczytany przez mojego kolegę z klasy. 27 lipca tego samego roku miałam operację, w której miało nastąpić wycięcie guza i wstawienie endoprotezy. Wszystko powiodło się dobrze na szczęście, dzięki precyzji i doświadczeniu wspaniałych chirurgów. Po upływie 24 godzin zaczęłam rehabilitację, która trwa do dziś. Miałam wtedy zapał do ćwiczeń i chciałam przed wyjściem do domu wyćwiczyć zgięcie 90 stopni w kolanie, co mi się finalnie udało, więc byłam szczęśliwa, ponieważ nie zrobiłam tego tylko dla siebie, ale również dla wszystkich osób, które były ze mną duchowo i mi dopingowały. Niestety we wrześniu doszły mi skutki uboczne, które zostawiły rany nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Od tamtego czasu już do końca leczenia codziennie załatwiałam się, jak chyba każdy. Jednak wywoływało to u mnie ogromny ból. Do tego stopnia, że krzyczałam tak głośno, niczym kobieta na sali porodowej. Brałam bardzo dużo leków przeciwbólowych, a na samą myśl, że za chwilę znów trzeba będzie to powtórzyć wpadałam w histerię. Ten ból był tak ogromny, że śmiało mogę powiedzieć, iż nic mnie w życiu straszniejszego i boleśniejszego nie spotkało, niż to. Z czasem znalazło się coś, co jest w stanie w jakimś stopniu zwalczać ten ból i leczyć rany odbytowo-jelitowe. Brałam czopki sterydowe, piłam tzw. forlax oraz mama robiła mi nasiadówki z kory dębu. To jakoś opanowało moją panikę. Dzięki temu też przestałam się bać jeść wszystkiego, co chcę. Miałam już apetyt, ale ograniczałam się ze względu na skutki, jakie mogą za sobą nieść dane potrawy. Pamiętam, że kiedyś podczas załatwiania przez łzy powiedziałam do mamy: „Nie żałuję, że zjadłam tego hamburgera. Zjadłabym go jeszcze raz, gdybym miała wybór."

      W grudniu był ten moment, gdy całą moją radość zabrało cierpienie, a zdrowie wyssała chemia. Czułam się krucha, jak gałąź, którą można latwo złamać. W tym momencie leczenia płakałam codziennie. Nie miałam już na to siły, ale nadal w to brnęłam. Było już tak blisko... Wreszcie przyszedł moment, kiedy był ostatni dzień chemii. Podziękowałam wszystkim lekarzom, pielęgniarkom oraz paniom sprzątającym. Wróciłam do domu! Już tak na zawsze. Jakakolwiek to brzmi, tak właśnie to czułam. To był 31 grudnia, ostatni dzień roku. Rodzina przywitała mnie z napisanem „Witaj w domu!" oraz wystrzałem confetti. Czułam, że teraz będzie lepiej.

      Ten skutek uboczny, o którym spomniałam wyrządził mi wiele szkód, lecz nauczył mnie również wiele rzeczy, które towarzyszą mi do dziś. Potrafię opanować swój strach i stałam się odważniejsza na wszystko. Wiem, że okropnie zły moment przejdzie, a ile czeka potem na nas szczęścia! Dlatego nie dajmy wygrać strachowi i walczmy cały czas, bo co mamy do stracenia? Albo walczymy i wygrywamy, mimo wszystko albo nie walczymy i już na starcie stajemy się przegranymi. Nauczyłam się jednej i najważniejszej dla mnie wartości, którą jest miłość. Cóż byśmy bez niej zrobili? Ludzie, którzy nas kochają cały czas popychają nas do przodu i pomagają wstać, kiedy ty nie masz już siły. Czasem tylko dla nich walczysz. Byłam też w momencie, gdy nic mi nie zostało, ale była miłość od moich bliskich i od Boga. To tylko, dzięki niej teraz tutaj jestem i żyję.

      Ta choroba była próbą dla mnie od Boga, ale nie tylko dla mnie. Tak samo dotyczyła ona osób mnie otaczających. Kto zostanie, kiedy jest tak źle? Na wielu osobach przekonałam się, że byli oni tylko wtedy, kiedy wszystko było dobrze. Jednak tą negatywną i uderzającą dla mnie rzecz przyćmiło to, że odnalazłam tych, na których mogłam liczyć zawsze i to oni zostali ze mną, choć wcześniej może nie było między nami najlepiej. Takie momenty dają wiarę w ludzi i nadzieję, że jest na tym świecie dobro pochodzących od tych, którzy tworzą teraz ten świat. Jednak nie miałabym tego wszystkiego, gdyby nie Bóg. To on wszystko dał. WSZYSTKO. Dziś i zawsze już On będzie kierował moim życiem, bo wiem, że zrobi dla mnie jak najlepiej. Jak widać powyżej, jest wiele rzeczy, które zyskałam przez to doświadczenie. Stałam się innym człowiekiem. Lepszym człowiekiem i pragnę stawać się coraz lepsza już zawsze. Jednakże znajdzie się parę rzeczy, które straciłam bezpowrotnie. Nie będę już mieć nigdy nogi z jaką się urodziłam, lecz zastępować ją będzie endoproteza. Pewne moje marzenia zostały przekreślone. Chciałam grać w koszykówkę, bo ona swego czasu była moją odskocznią od problemów, które mnie pochłaniały. 

      Pewne rzeczy już nie powrócą i czasami, gdy nad tym myślę lub widzę, kiedy ktoś robi coś, czego nie będę już wstanie zrobić nigdy robi mi się przykro, ale mam na to też sposób! Konkretniej cytat przeze mnie wymyślony - „Nie skupiaj się na tym, czego nie możesz. Rozwijaj coś czego jeszcze nie znasz." Zawsze sobie przypominacie o tym i może wtedy odkryjecie własne powołanie i nowe marzenia? To możliwe. Jak mi się udało to Wam na pewno też.