Adrian

 

 

Nazywam się Adrian Dąbrowski, w marcu 2018 r. stwierdzono u mnie nowotwór Ewinga w dość nietypowym miejscu - na kości łonowej. Gdy zachorowałem miałem16 lat. Dziś jestem 1.5 roku w remisji.  

 

 

Przed chorobą byłem bardzo aktywny: uprawiałem sporty walki, pracowałem dorywczo oraz byłem wolontariuszem. Niestety w moim życiu pojawił się potwór, z którym musiałem się zmierzyć. Walczyłem z silnymi bólami w dolnej części brzucha. Aby uśmieżyć ból wchodziłem do wanny z zimną wodą. Czasami w nocy spędzałem w niej nawet kilka godzin. Ból nie ustępował i przeprowadzono u mnie badanie USG, które nic nie wykazało. Następnie zostałem skierowany na RTG w moim rodzinnym mieście - Mińsku Mazowieckim. Gdy otrzymałem wynik prześwietlenia, okazało się, że mam pękniętą kość łonową i prawdopodobnie przedostały się tam komórki nowotworowe. Dowiedziałem się o tym dwa miesiące przed moimi 16-tymi urodzinami...

Nie miałem pojęcia, co wtedy zrobić. W pierwszej kolejności poinformowałem o wszystkim osobę, u której byłem wolontariuszem. Doradzała mi, jak mam dalej postępować. Otrzymałem radę, abym udał się do chirurga. Lekarz skierował mnie do szpitala na Niekłańską w Warszawie. Gdy tam dotarłem zauważyłem, że są bardzo odległe terminy, by dostać się do specjalisty. Zacząłem panikować. Pani z recepcji chyba się tym zmartwiła i udało się jednak zapisać mnie na wizytę w ciągu kilku minut! Chirurg zaprosił mnie do gabinetu. Zbadał i powiedział, że niestety oni się tym nie zajmują. Skierował mnie do Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Po przyjeździe na miejsce, musiałem przejść podstawowe badania oraz rozmowę ze specjalistą. Nie zostałem poinformowany, że mam poczekać na wyniki, więc pojechałem do domu. Okazało się, że jednak muszę wrócić, ponieważ wyniki badań były gotowe i niestety bardzo słabe. Konieczna była konsultacja. W domu szybko się spakowałem i wyruszyłem do szpitala ponownie. Na oddział przyjęła mnie fantastyczna Pani doktor - Katarzyna Bilska, bardzo miła i pozytywna osoba, która była akurat tego dnia na dyżurze nocnym. Dowiedziałem się, że spędzę co najmniej 3 dni w szpitalu. Jednak jak się później okazało, zostałem dłużej. Przeprowadzono u mnie szereg badań: RTG, USG, tomografia, rezonans (który trwał ponad godzinę!), badanie PET oraz scyntygrafia. Po wszystkich badaniach pobrali ode mnie wycinek kawałka kości, tak zwaną biopsję. Po jakimś czasie zostałem wypisany na tydzień do domu, żeby poczekać na wynik. Minął niecały tydzień, dostałem wyniki i kazano mi bezzwłocznie przyjechać do szpitala. W drodze do kliniki modliłem się, żeby jednak to nie było to... Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że mam nowotwór złośliwy kości łonowej - Mięsak Ewinga.

Szybko zostało podjęte leczenie. Po dwóch dniach dostałem pierwszą chemioterapię. Na początku było 6 cykli mocnych czerwonych, nie pamiętam nazwy, ale źle ją znosiłem… Gdy przeszedłem pierwszy cykl chemioterapii dopadły mnie później tzw. spadki (osłabienie organizmu i bardzo niskie wartości krwi). Mój organizm osłabł do tego stopnia, że musiałem pojechać do szpitala. Ledwo co szedłem do samochodu, wymiotując wodą, bo nie mogłem nic przełknąć I nic nie jadlem... Kiedy przyjechałem na miejsce szybko się mną zajęli. Zostały mi przetoczone płytki krwi oraz krew.

Zbliżały się kolejne cykle chemioterapii, a wraz z nimi nabierałem do siebie co raz więcej dystansu. Na oddziale starałem się wprowadzać optymistyczne emocje: śmiałem się, żartowałem, pocieszałem niektóre osoby. Ze mną na sali nigdy nie było smutno. Do teraz to pamiętam. Znalazłem sobie kumpli - Nataniel, Jarek oraz świętej pamięci Eryk i Aleks... Była też Dominika, razem tworzyliśmy zgrany duet. Podczas gdy dostawałem chemioterapię wolałem spać. Często trafiałem na spadki i wtedy oswajałem się z tym miejscem. Pamiętam, że w domu bywałem tylko pięć razy w miesiącu. Po piątym cyklu pojechałem do Wrocławia na przetoczanie komórek macierzystych, które mogłyby być potrzebne do operacji. Pobyt w Przylądku Nadziei trwał około czterech dni. Podobał mi się ten szpital. Bardzo miło wspominam Adę, którą miałem okazję tam poznać…

Ostatni cykl chemioterapii był najmocniejszy. Niestety w trakcie leczenia, w swoje 16 urodziny trafiłem do szpitala z powodu powikłań. Było mi smutno, ale z drugiej strony cieszyłem się, ponieważ na onkolgii było dużo znajomych, z którymi spędziłem swoje urodziny! Polubiłem bardziej to miejsce od własnego domu, bo w domu praktycznie nikt ze znajomych mnie nie odwiedzał. Od czasu do czasu ktoś zajrzał, lecz i tak było mi smutno... Za każdym razem, gdy wychodziłem po chemii, to mówiono mi: “do zobaczenia jutro”, bo wiedzieli już, że wrócę.

Do szpitala przychodziły sławne osoby, np. Natalia Szroeder, która spędziła u mnie najwięcej czasu. Długo razem rozmawialiśmy. Była również Marta Gałuszewska. Obie panie pamiętam bardzo dobrze do teraz.

Gdy przyszedł czas na moją operację, która odbyła się 22 sierpnia 2018 r. to bałem się, że będą to moje ostatnie biegi, skoki oraz inne sporty. Bałem się, że będę miał wieleograniczeń z endoprotezą, którą mieli mi w planach wszczczepić. Pamiętam moment, gdy kładłem się na stół operacyjny. Kiedy usypiałem powiedziałem, aby lekarze po moim przebudzeniu mieli naszykowany aparat fotograficzny i wykonali mi nim zdjęcie. Moje pierwsze słowa po operacji to „gdzie telefon?”. Niby śmieszne, ale chciałem pamiątkę po tym zabiegu. Potem patrzyłem czy mam wszystkie części ciała. Moja operacja trwała ponad 6,5 godziny. Kiedy zostałem przewieziony na sale pooperacyjną, bardzo chciało mi się spać i było mi tak zimno, że leżałem pod siedmioma kocami. Gdy troche nabrałem siłsięgnąłem po telefon i sprawdzałem swoje social media. Wstawiłem post na swojej stronie, że wszystko w porządku, operacja się udała. Potem znowu szybko zasnąłem. Następnego dnia przyszła do mnie rehabilitantka - pani Ewa i powiedziała, że mogę ruszać już trochę nogą. Z dnia na dzień było coraz lepiej. Po tygodniu już wstałem z łóżka i zacząłem chodzić, tzn. stawiać pierwsze kroki i to z pomocą rehabilitantki. Minął miesiąc od operacji, kiedy lekarze uznali, że mogę przyjąć kolejną chemię. Było to osiem lżejszych cykli. Gdy przyjąłem pierwszą dawkę czułem się raz dobrze, a raz źle... Po zakończeniu pierwszego zostałem dłużej w szpitalu ze względu na powikłania. Kiedy wynuiki się unormowały, karetka zostaem przewieziony do domu.

Wyczekiwałem następnego cyklu chemioterapii. Ćwiczyłem tak jak mogłem, rehabilitowałem się 3 razy dziennie. Wkrótce przyszedł czas na kolejny cykl chemioterapii w stolicy oraz ustalenie terminu radioterapii (naświetlania w miejscu po operacji). Naświetlania te zacząłem w listopadzie, które miały trwać miesiąc z wyłączeniem weekendów. Jeden cykl trwał od 30 do 60 minut.

Jako że miałem problem z dojazdami, za każdym razem musiałem szukać kogoś kto mógłby mnie zawieźć do Warszawy. Dzieki temu poznałem panią Anię, która pracowała na przewoźniku „Uber”. Zaprzyjaźniłem się z nią. Była miła, wesoła, miała dystans do siebie. Po prostu ją uwielbiałem. Jeździliśmy tak przez miesiąc. Musiałem połączyć to z chemioterapią, którą w trakcie radioterapii, również przyjmowałem. Nie zważajac na złe samopoczucie musiałem tam regularnie przyjeżdżać, aby szybciej zakończyć leczenie. Radioterapia dobiegła końca na przełomie 2018-2019 r. Po zakończeniu naświetlań miałem jeszcze ostatnie 3 cykle chemioterapii, które ze względu na słabe wyniki morfologii trochę się przeciągały. Chciałem aby to wszystko się w końcu skończyło, aby wrócił mi apetyt I abym mógł jeść swoje ulubione rzeczy bez obawy, że zaraz je zwymiotuję.

Kiedy zbliżałem się do zakończenia leczenia, rozmawiałem z Panią psycholog, która uprzedziła mnie, że po powrocie do szkoły do rówieśników, może mi być trudno dogadać się z z nimi. Mogę też mieć zaległości w nauce, ktore nagromadziły sie ze względu na moje bardzo dynamiczne leczenie. Nie obawiałem się wtedy tego, gdyż dobrze dogadywałem się z osobami ze szpitala, ale to nie było to samo. Gdy zakończyłem leczenie na początku kwietnia 2019 r. chciałem od razu wyjść do startch znajomych, ale nie mogłem. Musiałem odczekać, aż wyniki będą wystarczająco dobre, odbuduję odporność i ogólnie rzecz biorąc - dojdę do siebie. Trwało to ok. dwóch miesięcy. W tym czasie jeździłem również na badania kontrolne, które były powtarzane co 6 tygodni. W momencie zakończenia leczenia byłem w 3 klasie gimnazjum i czekały mnie testy gimnazjalne. Ze względu na całą sytuację brakowało mi czasu i siły na naukę, poprzez co testy wypadły mi kiepsko. Po zakończeniu nauki w gimnazjum wychodziłem już normalnie z domu. Wznowiłem kontakt z dawną koleżanką, która jest do dziś moją najlepszą przyjaciółką, Wiktorią.

Nadeszły wakacje. Często spotykałem się ze znajomymi, z którymi kiedyś wychodziłem. Niestety z nimi kontakt był trudniejszy. Nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka, tak jak to było przed moją chorobą. Zacząłem przyjaźnić się z dziewczynami, ale od czasu do czasu wydaje mi się, że nie potrafią mnie zrozumieć. Wakacje dobiegły końca i przyszedł czas na składanie dokumentów do szkoły średniej. Z moimi wynikami, które uzyskałem na egzaminie gimnazjalnym, miałem problem żeby się gdzieś dostać. Udało się na profil humanistyczny w Zespole Szkół nr 1 w Mińsku Mazowieckim. To tylko 10 minut drogi spacerem od mojego domu. Początki były trudne, ciężko było mi dogadać się z osobami z mojej klasy. Było w niej 15 dziewczyn i 5 chłopaków. Na szczęście udało mi się złapać kontakt z 3 osobami i trzymamy się razem.

Gdy jeździłem na kontrole do Instytutu Matki I Dziecka w Warszawie, często bywałem u pani psycholog i mówiłem jej o wszystkim. Lubiłem z nią rozmawiać. Była miła i zawsze mnie wysłuchała. Moją największą tajemnicą po chorobie, którą i tak już prawie wszyscy znają to problem ze snem. Psycholog uznała, że jest to stres pourazowy spowodowany przebiegiem choroby. Na co dzień staram się żyć optymistycznie, często żartuję. Nie lubię być poważny - od czasu do czasu jestem, ale warto się uśmiechać, gdyż moim zdaniem jest to sposób na długie i lepsze życie.

Co drugi dzień chodzę na rehabilitację, bo muszę rehabilitować swoje kończyny, a w szczególności prawą nogę, którą mam osłabioną. Rehabilituję się w swoim miasteczku, w Osteomedice. Korzystam również z siłowni, aby wzmocnić swoje mięśnie. Niestety nie mogę robić za wiele, ponieważ moja endoproteza nie pozwala ćwiczyć mi w 100% na wszystkich urządzeniach. Są to ograniczenia takie jak: bieganie, skakanie, schylanie się na maxa, zrobienie pełnego przysiadu oraz wykonanie najprostszej codziennej czynności, czyli założenie skarpetki na prawą nogę...

Gdyby zadano mi pytanie, czy tęsknie za szpitalem odpowiedziałbym, że tak. Przyzwyczaiłem się do niego zbyt mocno. Na koniec chciałem podziękować osobom, które mi pomagały i wspierały w tym trundym dla mnie czasie. Dowoziły mnie do szpitala na chemioterapię - była to Pani Karolina, u której byłem wolontariuszem. Otrzymałem od niej pomoc oraz najlepsze wsparcie. Pragnę podziękować również Pani Teresie, która sprzedawała warzywa i owoce w centrum. Poznaliśmy się, gdy miałem 13 lat, a ja roznosiłem ulotki. Kiedy zauważyła, że zachorowałem zaproponowała mi pomoc. Gdy tylko mogła to nawet odwoziła mnie do domu. Był Mateusz, kolega który również mnie odbierał i woził do szpitala, gdy tylko mógł. Dziękuję Rafałowi Jackiewiczowi, mińskiemu bokserowi, który również bezpiecznie mnie woził do domu. Jeszcze nie zapominając o moim kumplu ‘WUJKU SAMO ZŁO’ (warszawski freestajlowiec), który odwiedzał wszystkie dzieci i ich wspierał, wymyślając swoje teksty ,,od tak’’. Jest wiele osób, którym mógłbym podziękować, jednak niewiele osób obecnie pozostało ze mną w kontakcie. Nasze drogi gdzieś sie rozeszły. Mimo wszystko, dziękuję tym, którzy ze mną pozostali do dziś.

Na pytanie co choroba mi dała to myslę sobie, że przede wszystkim dystans do siebie. Ale też myśl i motywację, że warto walczyć i się nie poddawać. Nawet kiedy jest ciężko to później zapala sie światelko w tunelu, które przyświeca każdy kolejny krok.