Wiola

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości a leczone w Centrum Onkologii.

ŚWIADECTWO WIARY: "TO, CO JEST GŁUPIE W OCZACH TEGO ŚWIATA, JEST TYM WŁAŚNIE, CO WYBRAŁ BÓG"

Mam na imię Wiola. Pragnę podzielić się tym, co wydarzyło się moim życiu i co pozwoliło mi zbliżyć się do Boga.

Zawsze byłam osobą wierzącą, a przynajmniej tak mi się wydawało. Uważałam, że jeżeli chodzę do kościoła i na pielgrzymki, to jestem wierząca. Otóż bardzo się myliłam – teraz to wiem, a wszystko dzięki doświadczeniu, które zmieniło całe moje dotychczasowe życie. 6 lat temu zachorowałam na raka nerki, niestety o bardzo dużej złośliwości. Wracałam do domu, zamykałam się i klęcząc z różańcem w ręku płakałam i modliłam się Koronką do Miłosierdzia Bożego o uzdrowienie. Byłam już wtedy po dwóch operacjach. Tak bardzo bałam się umrzeć, że zaczęłam robić wszystko, żeby zatrzymać życie; jak to się mówi „tonący chwyta się brzytwy”.

Po namowach i zachęceniach mojej koleżanki zaczęłam chodzić do bioenergoterapeuty, który miał być cudotwórcą. Myślałam, że jeżeli będę się modlić i jednocześnie chodzić do znachorów, to na pewno coś pomoże. Posłuchałam jej i poszłam na pierwszą, drugą i kilka kolejnych wizyt. I nagle nastąpił decydujący moment, gdy lekarze z Centrum Onkologii chcieli obejrzeć tomografię komputerową, dzięki której mieli podjąć decyzję o dalszym leczeniu. Według bioenergoterapeuty tomografia miała nic nie wykazać, miałam być już zdrowa. Było jednak inaczej. Badania wykazały przerzuty. Usłyszałam z ust Docenta słowa, których nigdy nie zapomnę: „Pani Wioletto, niestety, czeka Panią rok bardzo ciężkiego leczenia i miejmy nadzieję, że się uda”. Nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Pozbierałam swoje rzeczy i wyszłam na korytarz. Po chwili zauważyłam asystenta lekarza, który wyszedł z gabinetu szukając mnie wzrokiem i zawołał: „Pani Wioletto, tu jest jeszcze recepta na perukę”. W tym momencie nie wytrzymałam, zaczęłam szlochać i wtedy zrozumiałam, że zostałam oszukana przez bioenergoterapeutę. Przestałam do niego chodzić. Ale co dalej? Coraz więcej płakałam i wielki ból przeszywał moje serce. I wtedy to spotkałam na swojej drodze mamę mojego byłego chłopaka, ona była jakaś inna, szczęśliwa, spokojna, choć po wielu ciężkich przejściach w życiu. Spotkałam ją pod kościołem w Magdalence.

Ona zauważyła, że jestem strasznie smutna. Wysłuchała mojej historii i zaprosiła na spotkanie Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence. Bałam się, ale wiedziałam, że też chcę być taka szczęśliwa i potrafić mówić tak dobrze o Bogu. Zaczęły się co wtorkowe modlitwy. Modliłam się o wiarę i o to, abym mogła pomagać innym ludziom. 20 maja miałam zacząć leczenie w klinice onkologicznej, ale 17 maja - przed pierwszą chemią - wyjechałam do Częstochowy na czuwanie grup Odnowy. Cały dzień modliłam się wypłakując wiele łez – to był krzyk rozpaczy małego dziecka do Matki i Ojca. Błagałam o jeszcze jedną szansę, o zdrowie. Miałam nie lada zadanie: oddać swoje życie Bogu, ależ to było trudne. Bałam się, rozważając za i przeciw. Mówiłam sobie: „Boże, jeżeli ja Tobie oddam życie, a Twoją wola będzie, żebym umarła, to co wtedy zrobią moi rodzice, rodzeństwo, przecież się załamią”.

Ale zaufałam Mu i zdecydowałam się na oddanie Jemu życia - oddałam to, co dla mnie było najcenniejsze. A przecież Pan do nas mówi: „Kto straci swoje życie z mojego powodu – to je zachowa, a kto zechce je zatrzymać to je straci”. I to jest i zawsze będzie prawda. Wracając do domu miałam w myśli słowa pieśni „ Zmartwychwstał Pan i żyje, dziś blaskiem jaśnieje noc - NIE UMRĘ NIE, LECZ BĘDĘ ŻYŁ, BÓG OKAZAŁ SWĄ MOC” – te słowa wykrzykiwałam na głos mając świadomość, że coś się zmieniło, ale ciągle zadawałam pytanie: ”Panie Boże, co chcesz mi powiedzieć?”. Pan Bóg nie kazał mi długo czekać, żeby pokazać zaistniałe zmiany w moim sercu i w moim ciele.

20 maja pojechałam na pierwszą chemię – bałam się strasznie. Gdy na 2 dzień po przyjęciu pierwszego kursu chemii poszłam na USG sprawdzające, czy guzy nie rosną, czy jest dobra odpowiedź na chemię, lekarz patrzył ze zdumieniem i zakłopotaniem w ekran i wtedy usłyszałam: „Pani Wioletto, nie ma ich, co się stało? Ja ich nie widzę”. Wtedy zrozumiałam słowa, które tak mocno utkwiły w mojej głowie ”NIE UMRĘ NIE, LECZ BĘDĘ ŻYŁ, BÓG OKAZAŁ SWĄ MOC”. Po tym, gdy wszyscy lekarze dowiedzieli się co się stało, jeden z nich - szef chemioterapeutów - powiedział do mnie: „Na szczęście guzy zniknęły, w przeciwnym razie szanse były małe, był zbyt złośliwy”.

Następnie były kolejne chemie. Musiałam dawać sobie radę, nie mogłam pozwolić, żeby ktokolwiek z mojej rodziny widział, że tak bardzo przeżywam, cierpię i się boję. Stałam się aktorką we własnym domu. Musiałam być twarda, ależ to było trudne, szczególnie w chwilach, gdy widziałam łzy kochanej siostrzyczki, która nie mogła sobie poradzić i zrozumieć Woli Bożej. Pomimo, że guzy zniknęły, lekarze podjęli decyzję o dokończeniu leczenia (choć tak naprawdę, dopiero je zaczęłam), a przede mną był jeszcze cały rok. Jednak Pan zatroszczył się o wszystko, nawet o najlepszych lekarzy, którym w tym miejscu bardzo dziękuję, szczególnie jednej najukochańszej Pani Doktor prowadzącej, która traktowała mnie jak swoją córkę z wielką wyrozumiałością, miłością i która rozumiała mnie jak nikt inny.

Nie sposób tu również nie wspomnieć o mojej największej w życiu przyjaciółce Ewuni, którą Pan postawił mi na drodze, aby pomóc mi znosić bóle mego serca. Sprawiała mi tyle przyjemności swoją bliskością, obecnością i troską o nieboraka, którego Pan postanowił ciężko doświadczyć. To ona była osobą, która stawiała mnie na nogi robiąc liczne niespodzianki, zabierając mnie na wycieczki. I tu kolejny przykład tego, że choć nie mogłam wstać z łóżka to ona – ziemski Anioł Stróż - podnosiła moje skrzydła do góry, abym na nowo mogła fruwać. Takich przyjaciół warto mieć i dla takich ludzi warto żyć. Dziękuję, to za mało, więc daję jej własną miłość.

Po czterech miesiącach chemii miała nastąpić operacja usunięcia nerki z brachyterapią, czyli napromienianiem śródoperacyjnym. Niestety, wyznaczona została data 12 sierpień, a jest to czas kiedy zwykle wędruję do Matki Bożej, do Częstochowy. Tak bardzo chciałam pójść, ale wiedziałam, że będzie trudno. Lekarze nie wyrażali zgody na takie przemęczenie. Zanosiłam swoje prośby do Maryi i wypowiadając słowa: „Mateńko, chcę pielgrzymować do Ciebie, błagam pomóż”. Po 10 latach pielgrzymowania ból, gdy pielgrzymka przechodzi obok jest tak wielki, że czasami nie do wytrzymania. Jednak po raz kolejny udało się. Poszłam na 4 dni, a w trakcie zadzwoniłam do szpitala i to, co było niemożliwe (zmiana terminu operacji) stało się możliwe, lekarz się zgodził. I tym sposobem powędrowałam przed same oblicze Matki Bożej. Była to pielgrzymka, w której nie czułam zmęczenia, jeszcze żadnego roku nie szło mi się tak dobrze.

Gdy wróciłam do Warszawy, natychmiast musiałam stawić się w szpitalu na operację. Po 8 godzinach ciężkiej operacji czułam się świetnie, a na drugi dzień wstałam i chodziłam, co zdumiewało cały personel medyczny. W tej chorobie był przy mnie mężczyzna, który bardzo pomógł mi w szybkim powrocie do zdrowia. Jego ciepło, miłość, dobroć i troska, dodawały sił w cierpieniu. Teraz wiem, że to był również kolejny drobny prezencik od Pana Boga, którym chciał uśmierzyć moje cierpienie, chciał, abym czuła się kochana i akceptowana. W trakcie mojego leczenia zmarła moja babcia, która zachorowała na raka i odeszła do Pana. Kolejne bolesne przeżycie, ale już w inny sposób. Bardziej spokojnie – wiedząc, że poszła na spotkanie z żywym Bogiem. Zaczęłam zastanawiać się nad swoją śmiercią. Uświadomiłam sobie, że nie boję się. Bo któż z nas nie chce spotkać naszego Zbawcy?

W kwietniu 2004 roku zakończyłam leczenie. Chwytałam każdy dzień starając się zmieniać swoje życie na lepsze. Dziś wiem, że bez wahania zrobiłabym to jeszcze raz. To był mój krzyż, który wzięłam na swoje ramiona i podążyłam za Jezusem, dzień w dzień oddając swoje cierpienie w różnych intencjach. To doświadczenie było mi potrzebne - to było dobre dla mnie i dla moich bliskich. Dziękuję Bogu za to, że wezwał mnie po imieniu i odnalazł mnie, jak zbłąkaną owieczkę. Potrafię patrzeć przez pryzmat Boga. Zauważam rzeczy, które kiedyś nie miały dla mnie znaczenia. Wiem również, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez celu i bez przyczyny. To jest Jego plan, to On pisze ten scenariusz, a my jesteśmy odtwórcami głównych ról. To od nas zależy, czy zechcemy zagrać w Jego Teatrze, czy zechcemy poddać się Jego woli. Dlatego nie bójmy się prosić, On - jeżeli to będzie dla nas dobre - da nam wszystko, o co poprosimy. Bóg pragnie tak niewiele - zaufania, a w zamian możemy tylko wiele zyskać, nie stracić. Ja ofiarowałam Mu całe moje życie i nie żałuję.

Żyję i nie boję się śmierci, bo któż z nas nie chciałby spotkać się oko w oko z żywym Bogiem?! Zawsze będą obecne w moich myślach słowa Boga: „Nie bój się, nie lękaj się, Bóg sam wystarczy”. To On nam daje pewne doświadczenia, ale jednocześnie daje i siłę, aby je znosić. Dwie rzeczy, o które modliłam się - dostałam. Pierwsza to wiara, która może przenosić góry, a druga to pomoc innym. Pan posyła mnie w takie miejsca, gdzie wiary brakuje, gdzie nie zostało posiane jeszcze ziarno, gdzie brak nadziei. Proszę Boga, aby nadal mnie posyłał, by każdy był przygotowany na przyjście Zmartwychwstałego Pana. Pragnę być narzędziem w ręku Boga. Mam wielką nadzieję, że założę rodzinę i będę mogła w niej świadczyć o BOGU swoim życiem, czynami i słowami.

Mój system wartości zmienił się diametralnie, np. dobór znajomych lub też osoby bliskiej (mężczyzny). Na pierwszym miejscu Bóg, miłość, szacunek, wzajemna troska, wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka, zrozumienie i umiejętność słuchania. Wierzę, że warto czekać na tą osobę, Bóg zna moje pragnienia i tak jak spełnił moje marzenie o życiu dla innych, tak postawi na mojej drodze wspaniałą osobę, z którą razem będziemy mogli ewangelizować życiem.

Wiem, że jeżeli Bóg będzie na pierwszym miejscu, to wszystko pozostałe będzie na swoim miejscu.

Staram się cieszyć każdą chwilą i nieść radość innym. Wiem również, że On nigdy mnie nie zostawi i zawsze będzie blisko mnie, po ostatnie dni mojego ziemskiego pielgrzymowania.

CHWAŁA PANU
Wdzięczna za Nowe Życie
Wiola