Mirosław

Jestem jedną z osób spośród chorych na nowotwory, znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii. Moje doświadczenia i walka z chorobą nowotworową rozpoczęły się jesienią 2003 roku. Do tej pory nowotwór czy szpital onkologiczny były dla mnie nazwami abstrakcyjnymi. Nietypowym objawem jaki mi dolegał było częste oddawanie moczu, co kojarzyło się ze sprawami urologicznymi. Badania urologiczne, które przeprowadziłem niczego nie wykazały. Prostata i PSA były w normie, więc postawiono diagnozę o stanie zapalnym. Pomimo tego dalej szukałem przyczyn tego stanu. Kryzys nastąpił w momencie, kiedy przed kolejnym badaniem, którym miało być USG, po wypiciu większej ilości płynu nastąpiło zatrzymanie moczu. Niestety muszę tu nadmienić, że badanie to i tak się nie odbyło, gdyż lekarz ograniczył się tylko do badania prostaty przez odbyt. Doktor, o którym wspomniałem był autorytetem w chorobach urologicznych i jego badanie oraz diagnoza miały być najbardziej autorytatywne, ale rzeczywistość okazała się inna. Po wielu godzinach cierpień trafiłem do izby przyjęć szpitala grudziądzkiego. Tam dyżurujący lekarz chirurg zlecił wykonanie RTG miednicy. Wynik RTG na tyle go zaniepokoił, że postanowił mnie hospitalizować. Jako byłego żołnierza zawodowego skierował mnie do szpitala wojskowego w Bydgoszczy. W szpitalu wykonano mi TK miednicy.

Badanie to wykazało obecność guza na kości łonowej. Następnie lekarz prowadzący wykonał u mnie punkcję okolicy pośladkowej w celu pobranie materiału do badania histopatologicznego. Niestety skutkiem jego działania był wielomiesięczny stan zapalny pośladka. Uważam, że lekarz szpitala wojskowego kierując mnie na dalsze leczenie w RCO Bydgoszcz niepotrzebnie wykonał mi ten zabieg, którego wynik i tak nic nie wykazał, a jedynie spowodował wielomiesięczne leczenie stanu zapalnego powstałego po punkcji. W konsekwencji skierowania mnie do szpitala specjalistycznego, wynik szpitala wojskowego i tak musiał być zweryfikowany przez RCO.

Do tej pory w mojej świadomości nie było myśli o chorobie i zagrożeniu. Oczekiwanie na konsultacje w RCO Bydgoszcz wypełnione było leczeniem pośladka. Pierwsza wizyta w RCO była dla mnie strasznym przeżyciem, które dopiero teraz uświadomiło mi, w jakim celu mnie tam skierowano. Po badaniu w szpitalnej przychodni otrzymałem skierowanie na leczenie szpitalne. Czas oczekiwania na termin stawienia się w oddziale był koszmarem, wypełnionym penetracją internetu w celu wyszukiwania informacji o ewentualnej chorobie. Mój pierwszy przyjazd do szpitala w wyznaczonym terminie nie wiązał się z jakąkolwiek nadzieją, tylko z wizją końca wszystkiego. Pierwszym moim zabiegiem było pobranie operacyjne wycinka z kości od strony pośladka. Po krótkim pobycie w szpitalu skierowano mnie do domu z zaleceniem ponownego zarejestrowania się do przychodni i oczekiwania na wynik. Okres wizyt w przychodni stał się dla mnie takim koszmarem, że w trakcie badań moja świadomość całkowicie się wyłączała i nic nie pamiętałem z tego, co się tam działo. W związku z tym ciągła obecność mojej żony w trakcie wizyt w przychodni była wręcz niezbędna.

Wynik pobranego wycinka w czasie pierwszego zabiegu w RCO niczego nie wykazał, więc zadecydowano w ramach diagnostyki o pobraniu wycinka poprzez otwarcie jamy brzusznej. Po przebytym drugim zabiegu, podczas którego miano mi usunąć większą ilość guza, pierwsza ocena lekarza operującego wskazywała na zmianę łagodną, którą potwierdziło badanie pobranego wycinka. Wówczas powróciła wiara na powrót do zdrowia. Pomimo czterotygodniowego pobytu w szpitalu, po powrocie do domu niezwykle szybko powróciłem do sił. W krótkim czasie wpadłem w wir pracy, obowiązków domowych, które pozwoliły mi powrócić do normalnego życia. W zaleceniu poszpitalnym po około trzech miesiącach miałem poddać się kolejnemu zabiegowi od strony pachwiny w celu doszczętnego usunięcia guza. Po odbytym kolejnym zabiegu byłem pełen wiary w całkowite wyleczenie. W pełnym spokoju oczekiwałem wyniku histopatologicznego i wizyty kontrolnej. Otrzymany wynik zwalił mnie z nóg - guz okazał się złośliwy. Koszmar powrócił. Kolejna wizyta w RCO i skierowanie na rezonans. Wynik rezonansu spowodował, że świat runął ze zdwojoną siłą. W kilkanaście dni od ostatniego zabiegu stwierdzono istnienie guza w tym samym miejscu i tej samej wielkości co poprzednio. Przeszedłem trzy operacje, których efektem był taki sam stan jak przed nimi. Po otrzymanym skierowaniu z RCO Bydgoszcz do CO w Warszawie nastąpiło kolejne oczekiwanie na rejestrację i termin badania. Po wizycie w przychodni warszawskiego CO otrzymałem skierowanie do oddziału na kolejny zabieg. W efekcie operacji usunięto mi kość łonową i kulszową. Pomimo negatywnego nastawienia do kolejnego szpitala, do kolejnej operacji, w szpitalu warszawskim doznałem uczucia cieplejszego traktowania pacjenta przez personel lekarski i pielęgniarski. Operujący mnie dr W. Dziewirski stał się dla mnie osobą niezwykłego zaufania, życzliwości i serdeczności. Wyjątkowo sympatyczne relacje z pielęgniarkami pozwoliły na nawiązanie więzów przyjaźni z niektórymi z pań.

Dwa lata od operacji, pomimo już niepełnej sprawności, minęły w miarę spokojnie przerywane jedynie stresem w czasie wizyt kontrolnych. Po dwóch latach świat zawalił się ponownie. Po badaniu kontrolnym i zaleconych dodatkowych badaniach okazało się, że guz się odnowił. Umiejscowienie guza było tak dramatyczne, że nastąpiła konieczność amputacji części miednicy i nogi. Od najmłodszych lat całe swoje życie poświęcałem różnym formom uprawiania sportu. Całe życie byłem niezwykle sprawnym fizycznie człowiekiem. Nie potrafię opisać emocji jakich doznałem po otrzymaniu tak dramatycznej informacji. Widmo wegetacji, a nie normalnego życia, było dla mnie nie do zniesienia. Moja rozpacz przeobraziła się w rozpacz moich najbliższych. W pierwszych moich myślach całkowicie odrzuciłem możliwość tej operacji. Niestety, ale moja wola życia padła w jednej chwili. Prośby najbliższej rodziny i ogromne wsparcie duchowe spowodowały zmianę mojego nastawienia. Ponownie operował mnie dr W. Dziewirski. Po operacji bardzo szybko doszedłem do sił. Myślę, że w powrocie do sprawności procentowała moja poprzednia aktywność sportowa. Już po pięciu tygodniach od operacji jeździłem samochodem, oczywiście z automatyczną skrzynią biegów. Niestety nie przekonałem się do protezy. I to nie tylko dlatego, że bardzo mi przeszkadzała w samochodzie, ale głównie z powodu, że pomimo wydania ogromnych na nią pieniędzy, została ona bardzo źle wykonana przez specjalistyczną firmę. Z przykrością muszę stwierdzić, że inwalidzi są grupą, na której żeruje wiele firm i instytucji.

Życie inwalidy nie należy do najłatwiejszych. Kalectwo niestety spowodowało zlikwidowanie prowadzonej przeze mnie działalności gospodarczej. Jednakże samoumartwianie się doprowadza do emocjonalnego wykańczania siebie i najbliższych. Szybkie przystosowanie się do nowych warunków i jak największa rezygnacja z nadmiernej pomocy innych stanowi o sukcesie powrotu do może innej, ale jednak normalności. Tego lata wraz z rodziną byłem dwukrotnie pod namiotem, nad morzem, dużo podróżuję. Staram się żyć..