Marta

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii. Marta 31 lat, mężatka, mam pięcioletnią córeczkę. Moja choroba zaczęła się w lipcu 2004 r. (10 miesięcy po cesarskim cięciu), w wieku 27 lat. Pierwszym sygnałem była utrata wagi, którą tłumaczyłam sobie: praca, studia, stres i małe dziecko. Kolejnym objawem choroby nowotworowej był ból w okolicy kości ogonowej. Konsultacja z lekarzem rodzinnym zakończyła się diagnozą: hemoroidy. Zalecone leczenie nie przynosiło żadnej poprawy, ból nasilał się coraz bardziej. Po kolejnej konsultacji zlecono prześwietlenie dolnego odcinka kręgosłupa okolicy kości ogonowej. Chirurg po analizie zdjęcia stwierdził, iż powodem bólu jest ucisk zakrzywionej końcówki kości ogonowej na nerwy (coccygodynia). Zalecił terapię przeciwzapalną i przeciwbólową, w ostateczności zabieg operacyjny. W tym czasie ból nasilił się do niewyobrażalnego poziomu. Zaczęłam mieć problemy z oddawaniem moczu.

Trafiłam do szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie. Po badaniu przez proktologa, urologa, ortopedę i psychiatrę stwierdzono, że zaburzenia w oddawaniu moczu spowodowane są spożywaniem dużych ilości środków przeciwbólowych, a ból ma podłoże zjawisk urojonych i niskiego progu znoszenia bólu. Z taką diagnozą zostałam wypisana ze szpitala!
W dalszym ciągu ból się nasilał, w związku z tym lekarz z poradni leczenia bólu założył mi dokręgosłupowo blokadę nerwów. Pomimo tego, cierpienie nie ustało. Za trzy dni kolejna, druga blokada – ból nadal nie ustąpił. Doszło do całkowitego zablokowania oddawania moczu. Mając w pamięci poprzednie irracjonalne diagnozy lekarzy oraz upływający czas, postanowiłam zasięgnąć prywatnej konsultacji urologicznej. Natychmiast po niej zostałam ponownie hospitalizowana, tym razem w Klinice Urologii Collegium Medicum UJ w Krakowie. Badanie USG jamy brzusznej wykazało guza kości krzyżowej, który blokuje przewody moczowe. Wykonana tomografia komputerowa, jądrowy rezonans magnetyczny oraz scyntygrafia kości potwierdziły obecność dużego guza na kości krzyżowej. Dramat i szok.
Z powodu niewyobrażalnego bólu zaczęłam przyjmować duże dawki morfiny. Zaczął się etap konsultacji medycznych – dylemat: operować czy leczyć. Po konsultacjach, zarówno chirurgów ortopedów jak i onkologów, wraz z mężem i najbliższą rodziną postanowiliśmy poddać mnie leczeniu w Centrum Onkologii w Warszawie, na oddziale doc. Włodzimierza Ruki. Pierwszym krokiem była biopsja i oczekiwanie na wynik. Wynik biopsji: guz olbrzymiokomórkowy kości krzyżowej. Zastosowano radioterapię, jako standardową metodę leczenia tego typu guzów. Miała ona być jedyną i wystarczającą formą mojego leczenia. Niestety, kiedy guz nie malał, a wraz z nim ten potworny ból, okazało się, że nie obejdzie się bez chemioterapii. Po dziewięciu kursach chemii (które znosiłam koszmarnie) ból ustąpił, guz się zmniejszył. Radość, że choroba jest zażegnana, nie trwała zbyt długo. Po paru miesiącach ból zaczął wracać i w błyskawicznym tempie sięgnął zenitu. Świat mi się zawalił. Choroba odebrała mi moje marzenia. Radość wychowywania córeczki legła w gruzach, dramat zarówno dla mnie jak i moich najbliższych. Kolejne kursy chemii, tym razem mocniejszej, jeszcze gorzej znosiłam niż poprzednią. Załamałam się, popadłam w depresję, przestałam marzyć, było mi już wszystko jedno byle nie cierpieć, poddałam się. Pomoc psychologa była dla mnie koniecznością. Po sześciu kursach chemii stwierdzono, że guz nie maleje, a wraz z nim ból i jedynym rozwiązaniem jest poddanie się operacji, która może zagrozić życiu. Mogłam wybrać: albo leczenie objawowe, albo niebezpieczna operacja. Operacja przebiegła bez komplikacji i w trzeci dzień po operacji poruszałam się o własnych siłach. Od operacji minęło 2,5 roku (operacja w 2006 r). Nie odczuwam bólu, nie mam dolegliwości ruchowych. Regularnie, co kilka miesięcy, jeżdżę na kontrolę do Centrum Onkologii w Warszawie. Badania są w porządku. Wychowywanie córeczki sprawia mi ogromną radość i wiem, że muszę dla niej żyć. Cieszę się każdym przeżytym dniem z moimi najbliższymi, a choroba uświadomiła mi, co w życiu najważniejsze: ZDROWIE.