Kamil

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii.
O istnieniu nowotworu o nazwie mięsak dowiedziałem się, gdy miałem 17 lat.
Pierwsze objawy choroby pojawiły się w październiku 1995 roku, gdy po upadku z roweru doznałem urazu prawej nogi. Prawidłową diagnozę postawiono dopiero kilka miesięcy później. Do czasu rozpoznania byłem leczony różnego rodzaju maściami.
Był pierwszy dzień ferii, na które tak długo czekałem. W nocy zaczęła boleć mnie prawa noga w okolicy kolana. Ból był tak silny, że nie pozwalał mi zasnąć. Rano udałem się do lekarza a potem na zdjęcie RTG. Lekarz obejrzał zdjęcie i stwierdził, że musi się jeszcze skonsultować z innymi lekarzami. Następnie poprosił żebym przyszedł z rodzicami, ponieważ nie jestem pełnoletni. Następnego dnia dostałem skierowanie do Centrum Onkologii w Warszawie. Drugiego lutego 1996 roku zostałem przyjęty przez pana docenta Włodzimierza Rukę i usłyszałem słowa, które zmieniły całe moje życie.
Mięsak Ewinga kości strzałkowej prawej, zostajesz dzisiaj na oddziale, będziesz miał biopsję, jutro dostaniesz chemię. Pamiętam twarze moich rodziców, gdy to usłyszeli. Nie pozwalali po sobie poznać, ale wiedziałem, że bardzo to przeżyli. Poprosiłem żeby wracali do domu. Wieczorem po biopsji poszedłem do kaplicy szpitalnej i tam emocje po raz pierwszy ze mną zwyciężyły. Nie pamiętam ile godzin tam spędziłem, ale pamiętam jak nie mogłem zapanować nad łzami, które same cisnęły się do oczu. Wtedy wszystko do mnie dotarło, miałem tylko jedną niewiadomą CZY MI SIĘ UDA? Następnego dnia dostałem chemię, na którą mój organizm nie zareagował najlepiej. Większość czasu spędzałem w toalecie i na sam widok kroplówki robiło mi się słabo. Stan bezradności, załamania i walki z emocjami trwał około półtora miesiąca. Cały czas wiedziałem, że jest ze mną moja rodzina, moi przyjaciele, koledzy i nauczyciele ze szkoły, ta myśl naprawdę dawała mi siłę do walki. Pacjenci, z którymi leżałem stali się przyjaciółmi i stanowiliśmy jeden TEAM. Lekarze i pielęgniarki swoją postawa wprowadzali atmosferę bardziej rodzinną niż szpitalną. To wszystko sprawiło, że poza leczeniem chemioterapią i radioterapią walczyłem z chorobą tym, co miałem w głowie - pozytywnym nastawieniem. Łzy zastąpił śmiech, którym zarażaliśmy innych pacjentów, wspólne wyjścia na starówkę, ogniska w świętokrzyskim pozwoliły zapomnieć o chorobie. Splot wszystkich wydarzeń, zachowań i relacji z ludźmi pozwolił mi wygrać. Przetrwałem 18 kursów chemioterapii, 3 miesiące radioterapii i udało mi się do dzisiaj uniknąć zabiegu chirurgicznego. Mimo, że nie wszystkich historia zakończyła się tak optymistycznie to cały czas pozostają oni w mojej pamięci. Szpital odegrał najważniejszą rolę w moim życiu. Doceniam życie, szanuję zdrowie. W moich codziennych sprawach staram się zachowywać spokój i dystans, jakiego nauczyła mnie choroba. Ze szpitala zabrałem coś, co jest dla mnie najcenniejsze, żonę Anetę, która jest pielęgniarką. Mamy dwójkę wspaniałych dzieci - syna Maćka i córeczkę Klaudię. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że żyję - lekarzom, rodzinie i przyjaciołom.
W związku z tym, że zajmuję się stowarzyszeniem kontaktuje się ze mną masa ludzi chorych oraz ich bliskich. Większość z nich jest w podobnej sytuacji, jak ja 16 lat temu. Rozpoznany nowotwór, etap załamania i etap walki o życie. Wiem, co przeżywają i życzę im dużo wytrwałości, siły i optymizmu, który jest bardzo ważny w walce z tą ciężką chorobą.