Justyna

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii. Mam na imię Justyna i w chwili obecnej 33 lata. Moja historia zaczęła nabierać rozpędu dawno temu, podczas badań profilaktycznych do pracy. Problemem stało się zdiagnozowanie cienia z rentgena klatki piersiowej. Tułałam się wtedy od lekarza do lekarza, czego efektem było 5 jednakowych zdjęć rentgenowskich, wykonanych na przełomie 4 miesięcy. Raz nawet zostałam dosłownie wyrzucona z gabinetu, nie uzyskując żadnej pomocy. Na szczęście w końcu trafiłam do przychodni Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc, do przecudownego Pana Docenta, który nie zbagatelizował mojego przypadku i – co dla mnie najważniejsze – nie odesłał mnie dalej. Po serii dodatkowych badań, moim problemem okazały się dwie torbiele, z którymi nie wiadomo, co się może stać. Dostałam wybór: wycinamy, co nie było pilne lub obserwujemy. Przed podjęciem decyzji skonsultowałam się ze znanym profesorem.

I tu zaskoczenie, znów zbagatelizowano mój przypadek, a w gabinecie czułam się jak intruz. Podjęłam decyzję i co jakiś czas chodziłam na badania kontrolne. Nerwy wróciły w 2005 r., kiedy okazało się, że jedna torbiel powiększyła się do 10 cm. Pogłębiały się również dolegliwości, które wcześniej zwalałam na brak kondycji, tj.: duszności, kłucia w klatce, ciężko było mi podbiec do autobusu. Zaczęłam naprawdę się bać, miałam mnóstwo pytań do lekarza, bądź co bądź specjalisty (pulmonolog – prywatna klinika), ale usłyszałam, że zadaję pytania niewłaściwej osobie. Dziś wiem, że to, co chciałam wiedzieć, od strony medycznej, nie było skomplikowane, nie do wyjaśnienia... Ale Ktoś nade mną czuwał, bo znów trafiłam do „ludzkiego” lekarza z Centrum Onkologii na Ursynowie. Podjęliśmy decyzję: wycinamy, bo po co mam się męczyć i denerwować. Operacja poszła gładko, wynik histopatologii pozytywny, spotykamy się na kontroli za pół roku. I właśnie za te pół roku zaczął się dla mnie dramat, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nawet się śmiałam: „Panie doktorze, boli, ale nie z tej strony, co była operacja”. Pierwszy rentgen klatki, z opisem: bez zmian w porównaniu z badaniem poprzednim. Różnica polegała na tym, że byłam po torakotomii i na zdrowy rozum musiały być porównywalne zmiany. Zaczęliśmy od początku: tomografia, rezonans, grzecznie czekałam w kolejce na badania, a stan mojego samopoczucia zaczął się drastycznie pogarszać. Nie mogłam przestać kaszleć, a przez to spać, rozmawiać, ledwo udało mi się dojść do samochodu, żeby pojechać do pracy. Przestałam jeść, bo przez przełyk nie chciała mi przejść nawet cienka zupa, jeśli udało mi się zasnąć, to tylko na siedząco, nie byłam w stanie sama się umyć i ubrać. Mój lekarz robił wszystko, żeby przyspieszyć badania, ale torbiel była zawsze o krok wcześniej. Trafiłam do szpitala, bo moja rodzina nie wiedziała jak mi pomóc, byli bezradni. I ta decyzja uratowała mi życie, wytrzymałam weekend w szpitalu, po czym torbiel pękła, miałam krwotok wewnętrzny, szybka operacja z przyczyn życiowych, doba na OJOM-ie, ale się udało. Wierzę, że wygrałam wtedy największą nagrodę na loterii: ŻYCIE. Ale nie wszystko okazało się różowe, tym razem histopatologia wykazała – mięsak złośliwy. Nie wzruszyło mnie to, określenie „nowotwór złośliwy” do mnie nie dotarło, zbudowałam w swojej psychice mur, na którym napisane było, że to niemożliwe. Poważnie przeraziłam się, kiedy podsłuchałam rozmowę mojego narzeczonego, wtedy po raz pierwszy padła nazwa: rak. A kompletnie rozsypałam się na pierwszej chemii w szpitalu, wtedy wszystko stało się takie realne. Na wszystko zawsze był czas: rodzina, dzieci, najważniejsza była dla mnie zawsze praca, praca i jeszcze raz praca. Wielu znajomych – pomimo przestróg – dalej myśli, że przecież jesteśmy za młodzi, za zdolni, za dobrzy na chorobę. Nie mamy na nią czasu, bo po co iść do lekarza, kiedy praca woła. Niestety, choroba jak chce zawsze znajdzie czas dla nas. Marzę o zwykłej normalnej codzienności, którą mają inni. Wstać rano, iść do pracy, pokłócić się z szefem, zakupy w drodze do domu itd., a na razie myślę ile jeszcze do następnej chemii, kiedy skończy się kolejny kurs, powstrzymać nudności, nie zapomnieć wziąć tabletek, żeby tylko przestało tak boleć. Staram się być silna, choć czasem nie jest to łatwe i jest wiele momentów zwątpienia. Istnieją dwa światy: ludzi chorych ludzi słabych, nie przyjmujących do wiadomości, że granica między nami jest bardzo cienka. Żyjemy na jednej planecie, ale plecami do siebie. Dawni znajomi, choć oczywiście bardzo współczują, nie dali rady, przystosować się do mojej choroby. Bardzo łatwo się mówi, obiecuje, gorzej jak trzeba przejść do czynów. Choćby o krew, do ewentualnych transfuzji, musiałam prosić obcych. Z ogromnej firmy, w której pracowałam, ludzie nie pomogli, bo jak się dowiedziałam: za mało mnie znają.

Ale są też dobre strony mojego Nowego Życia: poznałam wielu wartościowych ludzi, pielęgniarki, lekarzy, chorych i ich rodziny, którzy w razie potrzeby dają mi kopniaka. Nie biorę już udziału w wyścigu szczurów, mam czas na to, co naprawdę ważne i już wiem, jaki odgłos towarzyszy rosnącej trawie. A może to jednak dar!?