Janusz

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii.
Dojrzałem aby podzielić się z wami tym, co przeszedłem.
Trafiłem do lekarza z bólami biodra, najpierw usłyszałem że to normalne, po jakimś czasie usłyszałem że symuluję. Trafiłem po pół roku jednak do szpitala gdzie przez miesiąc lekarze nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dopiero rehabilitantka postawiła diagnozę którą musiałem przekazać lekarzowi, tak aby go nie urazić. No i stało się najpierw nakrzyczano na mnie , później zrobiono zdjęcie RTG i napisano za mnie podanie do dyrektora szpitala, żeby wyraził zgodę na zrobienie tomografu komputerowego.
Zaczęło się i tak trafiłem do stolicy do Centrum Onkologii. Szybka diagnoza , prognozy były inne, ale skończyło się amputacją lewej nogi wraz z biodrem. Dramat - zostawiła mnie żona, pozostawiając mi dzieci, straciłem zdrowie no i ta odległość od domu (500 km).
Dzisiaj wiem że przy życiu trzymała mnie myśl o dzieciach i rozmowy z pielęgniarkami, które zawsze znalazły czas i za to im wielkie dzięki. W wigilię 2002 roku chciałem nauczyć się latać z możliwie najwyższego piętra szpitala, wszystko mi się rozpadło. Wtedy nie rozumiałem, że jeśli nie pogodzę się z chorobą, to przegram życie. I cały czas myśl, co stanie się z moimi synami.
Przeszedłem wiele operacji , a słowo WZNOWA słyszałem prawie przy każdej kontroli, pierwsze cztery lata to 1,5 miesiąca w domu, kolejne 1,5 miesiąca w szpitalu. Teraz już nie liczę, ile operacji przeszedłem, ile razy myślałem, że udało mi się pokonać chorobę. Jednak żyję, z tym można żyć tylko trzeba zrozumieć, że to nie angina, a z cudami jest różnie. Jest to choroba, która uczy pokory ale też stawia mocno na ziemi. Szybko zapominamy o cierpieniu , bólu, kłopotach. Ja wyznaczyłem sobie cel - dożyć matury młodszego syna. Udało się, wychowałem synów. Jeden jest żołnierzem, właśnie wraca z misji z Afganistanu. Drugi syn został policjantem. Rok temu byłem bardzo dumny z nich na moim weselu. Tak, rok temu ponownie się ożeniłem. Wróciłem do żywych, jak ja to mówię. Wielu ludzi mi pomogło i teraz ja, jeżeli tylko mogę pomagam , walczę z brakiem informacji, z niezrozumieniem przez urzędników itp. Z tą chorobą można żyć - to nie jest wyrok - nie pytać się - DLACZEGO JA? Dzisiaj nie zadaję sobie tych zbędnych pytań, a zadawałem sobie ich dużo. Nie udało mi się pokonać choroby, ale żyję z nią obok siebie. Trzeba się z nią pogodzić bo inaczej człowiek nie da rady. Kolejne pytanie - JAK DŁUGO BĘDĘ ŻYŁ? Takich pytań już sobie nie zadaję, każdy kolejny dzień jest jaśniejszy, przyjemniejszy. Musimy pamiętać, że nie tylko my chorujemy , z nami chorują nasze rodziny i to jest gorsze niż nasza choroba. I o tym musimy pamiętać, że ONI cierpią tak jak my, a czasem bardziej. W całym tym bałaganie zrozumiałem, że można być szczęśliwym i pogodnie żyć. Każdy z nas niesie swój krzyż, jedni lżejszy drudzy cięższy. Sądziłem, że życie się dla mnie skończyło - tak nie jest - jestem szczęśliwym ojcem i mężem. I dzisiaj wiem, że jeżeli upadnę, to szybko się podniosę. Zawsze wstaję mocniejszy niż byłem przed upadkiem. Ile razy jeszcze upadnę nie wiem, jednak wiem że zawsze się podniosę . Pozdrawiam!!!