Iwona

Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii.

Mam na imię Iwona. Mieszkam z mężem i synkiem w Bydgoszczy. Jestem po amputacji nogi z wyłuszczeniem w stawie biodrowym (mięsak kości łonowej). Trafiłam do Warszawy na oddział Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich i Kości w wieku 34. lat 19.10.2006 r. (czwartek). Operacja została przeprowadzona przez doktora Wirginiusza Dziewirskiego 23.10.2006 r. (poniedziałek). Przez te kilka dni rozgrywał się największy dramat mojego życia. Z dala od męża , synka, rodziny, borykałam się z tą straszną perspektywą utraty nogi. Byłam załamana, miałam żal do Boga, do losu, że coś takiego spotyka właśnie mnie. Ogromne poczucie niesprawiedliwości, bólu, bezradności, beznadziejności towarzyszyło mi przez cały czas pobytu w klinice, choć było łagodzone przez wspaniałą opiekę personelu. Mówiąc szczerze, do końca (do momentu jak zabrali mnie na blok) miałam nadzieję, że stanie się cud i moja noga ocaleje... Najgorszy był moment wybudzenia po operacji. Mój wzrok powędrował na nogę, której już nie było... Wtedy zaczęłam szlochać, wyć, bo dotarło do mnie, co się stało... Potem przyszły równie trudne chwile. Ogromne bóle kikuta, bolała mnie noga, której nie było. Dowiedziałam się później, że są to tzw. bóle fantomowe. Dostawałam mnóstwo leków, ale tylko po morfinie było mi lepiej...
Gdyby nie to, że jestem osobą o silnej psychice - przy wsparciu kochającego męża, rodziny, przyjaciół - to nie dałabym rady, ale na szczęście wzięłam się w garść i przewartościowałam całe swoje życie. Dziś , po czasie, stwierdzam z całą pewnością, że mam dużo szczęścia w nieszczęściu. Nadal żyję, widzę słyszę, mówię, mogę być z moim ukochanym synkiem i rodziną. Staramy się żyć normalnie, na ile się da. Raz jest lepiej, innym razem gorzej, ale do przodu. Życie jest zbyt cenne, żeby się nad sobą roztkliwiać.
Jak dotychczas wyniki mam w normie, chyba idzie ku dobremu. Obecnie jestem na etapie nauki chodzenia w protezie ostatecznej, wykonanej przez poznańską firmę. Jest ciężko, bo kosz, który utrzymuje cały ciężar ciała niejednokrotnie uciska, ale się nie poddaję. Ćwiczę tak długo jak się da. Czasami 2, czasami 3 a czasami nawet 5 godzin. Wszystko po to , żeby odciążyć tą zdrową nogę, by i ona nie padła, a także po to, by być bardziej samodzielną. (odkurzam już sama i nie potrzebuję pomocy męża!). Coraz częściej chodzę bez kul, bo obecna proteza jest o wiele lepsza od protezy tymczasowej. Zbyt dużo do szczęścia mi nie trzeba. Cieszę się każdym małym zwycięstwem nad swoimi słabościami, niemocą, niepełnosprawnością. Powiem więcej - nadal czuję się sprawna, ale inaczej. Byle do przodu! Ważne są tylko te dni, które przed nami - i tej wersji będę się trzymać!!! Pozdrawiam wszystkich i życzę, mimo doświadczeń, które nas spotykają, nadziei, optymizmu, hartu ducha i radości w naszej trudnej codzienności! Wszystkiego dobrego!!!