Ania

Mam na imię Anna. Jestem jedną z osób chorych na nowotwory znane jako mięsaki tkanek miękkich i kości, a leczone w Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Jarosławiem w woj. podkarpackim . Obecnie mam 23 lata.

O istnieniu i rozwijającej się chorobie dowiedziałam się w grudniu 2010 r. Wcześniej przez parę miesięcy odczuwałam nawracające bóle lewego kolana. Z czasem pojawił się też obrzęk oraz niemożność zginania kolana w wyniku rozwijającego się stanu zapalnego. Zresztą taka była pierwsza diagnoza lekarki rodzinnej , która zbagatelizowała objawy. Nie miałam zleconych żadnych badań, jedynie przepisane maści przeciwzapalne , które rozgrzewały tylko ognisko chorobowe .  Widząc, że coś jest nie tak postarałam się o skierowanie do specjalisty . Najpierw RTG, potem TK, a później MR kolana. Diagnoza – osteosarcoma (kostniakomięsak). W obrazie badań stwierdzono nieregularną patologiczną strukturę guzową przynasady dalszej kości udowej, obejmującą częściowo nasadę , trzon kości udowej i tkanki miękkie tej okolicy. Guz mierzył już kilka centymetrów.

Szok, niedowierzanie. Nadzieja, że to może pomyłka, że to coś innego. Nic z tego – nowotwór złośliwy. Trzeba było myśleć - co dalej. Studia rozpoczęte,  przyszłość zaplanowana, a tutaj taki zwrot akcji. Najgorsza była chyba wtedy niewiedza i niepewność tego, co dalej. Po pierwsze, jak leczenie będzie wyglądało, po drugie - czy uda się wyjść cało z opresji. Czas jednak niwelował moje myśli i oczekiwania, a dopiero podczas leczenia doświadczyłam, co to znaczy cierpliwość oraz metoda małych kroków.

Po konsultacji u profesora szybko znalazłam się w Klinice Ortopedii i Traumatologii w SPSK 4 w Lublinie. Wykonano trepanobiopsję opisywanej zmiany; wynik – sarcoma osteogenes. Przerzutów na szczęście brak. Potem przeniesienie do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej celem podania pierwszego cyklu chemioterapii przedoperacyjnej. Następnie jeszcze dwa cykle , a w międzyczasie po każdym kursie pobyt w miejscowym szpitalu z powodu pancytopenii. Do tego niski poziom płytek , czyli w sumie wysoki stopień niedokrwistości . W trakcie tutejszej hospitalizacji przetoczono mi niezbędne wlewy koncentratu krwinek czerwonych oraz leków wzmacniających produkcję krwinek białych. Za każdym razem następowała poprawa, ale tylko do następnej chemii. W domu przebywałam tylko po kilka dni pomiędzy pobytami w szpitalu. Często brakowało mi sił do następnego etapu leczenia, ale w miarę upływu czasu przybywało wiedzy oraz dzięki pomocy lekarzy i rodziny udawało się to wszystko przetrwać. Ostatni kurs chemioterapii przedoperacyjnej otrzymałam pod koniec marca 2011 roku.

Cytostatyki działają negatywnie, zarówno na komórki nowotworowe, jak i zdrowe. Większość skutków ubocznych zanika po zakończeniu leczenia. Ich mnogość zależy od organizmu chorego . U mnie występowały głównie: spadek krwinek białych ( leukopenia) , spadek wagi, mdłości, zawroty głowy, krwotoki z nosa, a co najgorsze wysoka gorączka. Kulminacja tych dolegliwości następuje zwykle między 7 a 10 dniem po podaniu chemii. Mówiąc medycznym językiem leczenie przeprowadzono u mnie z dobrą tolerancją, co oznacza, że leki zadziałały na mój organizm. Jedynym skutkiem najmniej męczącym, który towarzyszył mi znacznie dłużej była utrata włosów. Pomogła tutaj peruka dostosowana do mojego wyglądu.

Następnie dnia 4 maja 2011 r . ( w moje urodziny ) zgłosiłam się do Kliniki Ortopedii i Traumatologii celem leczenia operacyjnego. Operacja była zaplanowana za dwa dni , ale dalej obawiałam się najgorszego – utraty nogi lub komplikacji podczas operacji. Przy operacji wykonano powtórną biopsję, w której uwidoczniło się zniszczenie nowotworu w 80 %. Martwica guza = unicestwienie nowotworu. Operacja – resekcja dalszej nasady kości udowej z kolanem. Założenie protezy modularnej stawu kolanowego. Tutaj szczególne podziękowania dla prof. Tomasza Mazurkiewicza za uratowanie nogi. Zalecenia po operacji obejmowały chodzenie z laskami łokciowymi, ćwiczenia kolana i mięśni uda.  A tak naprawdę naukę chodzenia właściwie od początku.

Czekała mnie jeszcze jedna chemioterapia pooperacyjna. Zniosłam ją najgorzej, bo doszło do nacieku zapalnego w okolicy żuchwowej. Byłam konsultowana oraz przeszłam niewielki zabieg w Klinice Chirurgii Szczękowej w SPSK 1 w Lublinie. W końcu po normalizacji wyników badań laboratoryjnych i całej batalii o życie zostałam wypisana do domu w stanie dobrym. Ostatni pobyt (operacja + chemia) trwał nieprzerwanie 2,5 miesiąca. I w tym momencie zaczęła się moja właściwa droga do dawnej formy. Dobór odpowiedniej diety, oszczędzający tryb życia, prowadzenie długotrwałej rehabilitacji, dopasowanej do stanu zdrowia.

Teraz kilka słów co u mnie dzisiaj. Mimo ciężkiej choroby powoli wracam do swych dawnych zajęć i zainteresowań. Przerzutów do tej pory nie było i mam nadzieję, że tak  zostanie. Odbyłam długą drogę do sprawności w stopniu, umożliwiającym mi w miarę samodzielne poruszanie się. Odbywam okresowe kontrole oraz badania. Cały czas jestem dobrej myśli, że już nigdy do mnie to wszystko nie wróci. Pomimo przeżytych doświadczeń doceniam to, co mnie spotkało, bo wyniosłam z tego lekcję oraz zmieniłam sposób patrzenia na świat. Na pozytywny oczywiście.